Bloog Wirtualna Polska
Są 1 205 203 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

BRATEK I RÓŻA

piątek, 26 lipca 2013 17:16

 W murze opactwa ss. benedyktynek zadomowiły się pszczoły (dwa- trzy roje). Część kochaneczek, jak pszczoły Tomcio nazywa, udało Mu się zebrać.

jeden płatek bratka ...

drugi płatek bratka ...

trzeci płatek bratka ...

 

 

2x bratek.JPG

 

 

magiczne złote oko  ...

uśmiech specjalnie dla mnie

 

 

jeden płatek ... drugi płatek ... trzeci płatek ...

 

 

0 - 5 róĚźa.jpg

 

 

purpurowa zgadywanka ...

czyja pamięć śpi w środku

 

 

0-kawa.jpg

 

 

łyk czarnej, gorzkiej i gorącej

za zdrowie Przyjaciół !

do dna !!!

 

 

a ciasteczka niet bo właśnie zjdłam  ;o)

 

 

DZIĘKUJĘ ZA BRATKA I ZA RÓŻĘ ...

 

 

z przyjemnością zapraszam - Malina M*


oceń
44
6

komentarze (116) | dodaj komentarz

BYŁ TAKI CZAS

czwartek, 11 lipca 2013 19:57

 

*Był taki czas w roku 1943, w ogniu walk  na Wołyniu o Kościół i Naród Polski, że kilkakrotnie wychodząc cudownie spod gradu kul i noży ukraińskich, przysiągłem sobie, że jeśli z tych opresji wyjdę – chcę cicho pracować jako szary żołnierz Chrystusowy, bez żadnych orderów i nagród. Zdawałem sobie sprawę, że żyję i tak już ponad program*

 

To słowa mojego Wujka Dionizego a dokładnie mówiąc 

Stryja, starszego brata mojego Tatusia.

 

 

        

 

 

Z Wołynia przywiózł Wujek trzy, jakże ważne, rzeczy: Ikonę - prezent od parafian, modlitewnik - prezent od przyjaciela i przestrzelony przez ukraińskiego rezuna kapelusz.

 

Gdyby wtedy, w ogniu walki, Ukrainiec wycelował kilkanaście centymetrów niżej dzisiaj modliłabym się na uroczystości odsłonięcia Pomnika Pomordowanych na Wołyniu. Piękna uroczystość, hołd oddany pomordowanym, jak powiedział odprawiający Mszę ksiądz - dokończenie niedokończonych mszy sprzed 70 lat.

 

Wujkowi dane było dokończyć osobiście.

Kula trafiła trochę za wysoko. Przez większość dorosłego życia słuchałam tego, co opowiadał. Nie było w tych opowieściach nienawiści, był głęboki ból i do końca pamięć, której czas nie zacierał ...

Gdy wspomnienia innych rzeczy mgła pokrywała te cały czas były żywą i bolącą raną. Pod koniec życia Wujek poznawał już tylko kilka osób ale wyciągał stary modlitewnik i pokazywał mi palcem mówiąc - to mój przyjaciel, otwierał na pierwszej stronie, gdzie była dedykacja i widziałam wielkie wzruszenie na twarzy tego surowego człowieka. Kolejny raz pokazywał mi słowa skreślone ręką przyjaciela, popa, którego Ukraińcy zamordowali za przyjaźń z Wujkiem, za bratanie się z wrażym polskim księdzem.   

 

Ale od początku.

 

Był rok 1934. Starszy brat mojego Taty zdał właśnie maturę. Wesoły, wysportowany, przystojny, chłopak, absolwent gimnazjum klasycznego w Jarosławiu i Małego Seminarium Duchownego we Lwowie, wyruszył ze swoim ojcem do pobliskiego klasztoru, w Leżajsku. Chcieli obaj podziękować za pomyślne zdanie matury. Tam, przed cudownym wizerunkiem Matki Boskiej Leżajskiej, ostatecznie odczytał swoje powołanie. 

 

   

        0 - 3.jpg

 

 

Jeszcze tylko rok służby Ojczyźnie w Szkole Podchorążych, w Jarosławiu i w końcu wyczekany wyjazd, w roku 1935, na Wołyń, do Łucka.  

 

W Łucku Wyższe Seminarium Duchowne.

Mijają cztery lata i 11 czerwca 1939 roku młodziutki alumn Dionizy przyjmuje  święcenia diakonatu. Jest już prawie księdzem. Szczęśliwy wyjeżdża do domu rodzinnego, do Sieniawy. Wakacje w domu zakłóca mu jednak wybuch II wojny światowej. Nie ma możliwości dostania się do Łucka żadnym środkiem transportu, bierze więc rower i wyrusza w drogę. Gdzie Rzym, gdzie Krym, gdzie Sieniawa a gdzie Łuck. Nic to dla młodego chłopaka, dociera więc na rowerze do swojego seminarium.

A w Łucku biskup Szelążek, obawiając się zlikwidowania seminarium przez bolszewików, przyśpiesza święcenia kapłańskie ostatniego rocznika. I tak, 15 października 1939 roku, mój Wujek, wraz z kolegami z roku, zostaje wyświęcony na księdza.

W Katedrze Łuckiej. 

 

 

         0 - 4.jpg

 

 

Tak wtedy wygląda. To pierwsze kapłańskie zdjęcie.

Trudne to były czasy. Zawierucha wojenna, krwawe łuny, Niemcy, Ukraińcy, banderowcy, bolszewicy …

 

Najpierw jest kapelanem w łuckim sierocińcu, potem trafia do maleńkiej parafii w Perespie, koło Kowla, potem na parafię w samym Kowlu. W końcu, 18 sierpnia 1941roku, zostaje proboszczem parafii Sienkiewiczówka, niedaleko Łucka.

 

Pierwszy rok w Sienkiewiczówce upływa w miarę spokojnie ale już nacjonaliści ukraińscy zaczynają podnosić głowę. Groźnie pobrzmiewa ich pieśń „Smert’, smert’, lacham smert’! „

 

Latem 1942roku w Sienkiewiczówce Niemcy wraz z ukraińską policją, mordują Żydów, zgromadzonych w getcie. Nacjonaliści Ukraińcy rozzuchwalają się coraz bardziej, napadają na Polaków, rabują, biją, podpalają domy. W tym czasie, w Sienkiewiczówce, działa grupa konspiracyjna AK a także grupa Samoobrony. Obie grupy wspiera oczywiście młody proboszcz. W tym wspieraniu Wujkowi przydaje się doświadczenie, zdobyte niegdyś w jarosławskiej szkole podchorążych.

 

W konspiracji Wujek przyjmuje pseudonim „Boruń”.

 

Kiedy ataki Ukraińców się wzmagają do wioski zaczynają napływać uciekinierzy z całej okolicy.

 

 

1.jpg

 

 

Tak wyglądał kościół w Sienkiewiczówce.

W czerwcu 1943 roku UPA intensywnie zaczyna gromadzić siły wokół Sienkiewiczówki. W tej sytuacji  Samoobrona podejmuje decyzję o ewakuacji. 23 czerwca 1943 roku, pod osłoną oddziału Samoobrony, wyrusza do Łucka konwój ludności polskiej . Wujek jedzie na koniu, bez sutanny ale w kapeluszu. Czuwa nad całością. Po drodze trafiają się potyczki, w jednej z nich spłoszone konie unoszą wóz z całym dobytkiem parafii, banderowcy ostrzeliwują konwój, kapelusz Wujka jest dobrze widocznym celem. Kula przeszywa kapelusz na przestrzał.

 

Konwój szczęśliwie dociera do Łucka.

Zrządzeniem Opatrzności Polacy opuścili tę wieś. W lipcu 1943 roku, kiedy to wybuchła Wielka Nienawiść, banderowcy z UPA wpadli do Sienkiewiczówki, spalili katolicki kościół, aptekę, stację kolejową, młyn, część opuszczonych polskich domów. Wtedy to zamordowali popa, paląc jego ciało razem z cerkwią.

Tak rezuny z UPA ukarały popa za przyjaźń z polskim księdzem – ze znienawidzonym przez nich „chytrym Lachem”, który przed zaplanowanym przez OUN – UPA „pogromem Lachów” bezpiecznie wyprowadził swoich parafian do Łucka.

Parafia w Sienkiewiczówce przestała istnieć. W Łucku Wujek zamieszkał przy Katedrze. Za jakiś czas biskup Szelążek powierzył mu funkcję proboszcza Katedry.

 

                   

         0 - Nowy-2aaa.jpg

 

                               Katedra Łucka

 

Mój Wujek zawsze był świetnym kaznodzieją. Już wtedy zapraszano go chętnie do głoszenia rekolekcji. Szczególnie tragiczne okazały się rekolekcje wielkopostne 1943 roku, we wsi Perespa, w parafii, której proboszczem był wówczas stryj mojego Wujka (i oczywiście mojego Taty), czyli brat mojego Dziadka. Cóż – księżowskie tradycje w mojej rodzinie, po mieczu, były od pokoleń.

 

Na rekolekcje do Perespy przybyło kilku księży.

Wujek, doświadczony już w bojach z Ukraińcami, namawia księży, by nie spali na plebanii, tylko na noc schowali się w kościele. Koledzy wprawdzie podśmiewają się z takiej ostrożności ale w końcu decydują się na taki nietypowy nocleg. I całe szczęście. Wieczorem upowcy wpadają do Perespy, zaczynają mordować ludzi, podpalają też plebanię. Dobijają się do kościoła ale ktoś ich płoszy. Rankiem w plebanijnym ogrodzie ludzie odnajdują nagie ciała dziewcząt.

Bydlaki poobcinali im bagnetem piersi.

 

Zdarzenie, którego nie da się zapomnieć do końca życia.

  

Proboszczem Katedry Łuckiej był mój Wujek do samego końca, aż do sierpnia 1945 roku, kiedy to parafię katedralną wysiedlono z Łucka. Transportem kolejowym Wujek wiózł do Polski to, co po parafii pozostało, zwłaszcza pieczołowicie ukrywany, największy skarb - cudowny obraz Matki Boskiej Latyczowskiej, Pani Wołynia i Podola.

 

Kapituła Łucka przeniosła się do Polski,

księża rozproszyli się po całym kraju.

 

 

          0 - 5.jpg

 

Z Katedry Łuckiej droga przywiodła Wujka do Katedry Wrocławskiej. Cieszył się, że jest jej proboszczem ale w głębi serca nosił dawną katedrę. Po drodze do wrocławskiej katedry był a jeszcze Brzeg i święta Dorota we Wrocławiu. To  właśnie w Brzegu Wujek był tym, który protokolarnie przesłuchiwał Franciszka Gajowniczka, najważniejszego świadka tragedii oświęcimskiej ojca Maksymiliana Kolbe.

 

Nasz kościół to ostatni etap najdłuższy, bo trzydziestoletni.

Pamiętam, jak Wujek zapraszał łuckich księży.

 

 

0 - 2.jpg

 

 

Na zdjęciu Kapituła z Prymasem Wyszyńskim, rok 1970.

Cała Kapituła Łucka zjeżdżała się u nas. Z biegiem lat księży ubywało. Pamiętam, jak po spotkaniach mój Tatuś rozwoził ich najpierw po parafiach, potem po domach starców. Wielu historii wysłuchał po drodze.

 

 

 0 - Nowy-11.jpg

 

 

To chyba koniec lat 70-tych. Kapituła Łucka na pamiątkowym zdjęciu przed wejściem do naszego kościoła. Mój Wujek to ten w okularach, drugi od prawej.

Po śmierci Wujka w osobistych rzeczach Tatuś znalazł jego łańcuch i pierścień, symbole przynależności do Kapituły Łuckiej. Odwieźliśmy zaraz te insygnia do Krakowa, tam będą świadkami czasów, które minęły.

 

W niedzielę TV Polonia będzie transmitowała Mszę świętą z Katedry Łuckiej. Podobno będzie tam nasz Pan Prezydent. Dla mnie to będzie niesamowite przeżycie i pewnie wielkie wzruszenie. Zobaczyć świat mojego Wujka, ostatniego proboszcza tej Katedry. Zobaczyć miejsca które kochał i wspominał całe życie 

 

 

       

 

 

Ta Madonna to jedyna pamiątka, która mi po Wujku pozostała. Dostał ją, w dowód wdzięczności, od parafian z Sienkiewiczówki.

 

Wujek został pochowany z wielkimi honorami ale w starej, znoszonej sutannie. Prócz tej Madonny nie miał nic. Wisiała nad Jego łóżkiem, patrzył na nią, gdy się modlił, patrzył na nią, kiedy umierał.

 

Teraz Ikona wisi nad moim łóżkiem i ja patrzę na nią kiedy się modlę. Mam nadzieję, że podobnie jak Wujka, i mnie ochroni przed nienawiścią.

 

 

z refleksją polecam - Malina M*

 

 

jeśli podobał Ci się ten wpis

to wejdź     i zagłosuj


oceń
45
1

komentarze (58) | dodaj komentarz

PODZIĘKOWANIE

poniedziałek, 24 czerwca 2013 16:20

 

bardzo serdecznie dziękuję

za te ciepłe i serdeczne życzenia urodzinowe

 

 

C:\fakepath\0x - PODZIĘKOWANIE.JPG

 

 

a w podziękowaniu marcepanowe słoneczko

mniamm ...

 

z przyjemnością polecam - Malina M*


oceń
25
2

komentarze (42) | dodaj komentarz

DZIKA I WOLNA

poniedziałek, 17 czerwca 2013 10:16

 

najpiękniejsza z pięknych

biała, czysta, nie tknięta czasem,

daleka od kaprysów mody.

 

 

Rx - 70.JPG

 

 

Słodka pierwszą słodyczą niewinności.

Kusząca powabem tajemniczego wnętrza.

 

 

Rx - 20.JPG

 

  

Jeszcze zdziwiona porankiem

a już zarumieniona od słońca.

 

 

Rx - dzika i wolna.JPG

 

 

Przeniesiona z ogrodów dzieciństwa,

gdzie róża pachnie różą,

boli rozbite kolano,

a łzy , jak grochy, wysychają

od jednego uśmiechu.

 

 

                             *

 

 

Dzika róża Sary-Marii. Talizman.

Prezent na nowe miejsce w blogosferze.

 

Od kilku dni mam dwa malinowe blogi.

W obydwu będę pisała. Zapraszam więc również do tego drugiego, na blogspocie.

 

 

to nowy adres:

 

http://szpakowedrzewo.blogspot.com/

 

 

z przyjemnością polecam - Malina M*

 

 

jeśli podobał Ci się ten wpis

to wejdź     i zagłosuj


oceń
31
2

komentarze (26) | dodaj komentarz

DESZCZOWA SEJMOWA

środa, 12 czerwca 2013 11:44

 

Przyszła wiosna a z nią maj i majowy deszczyk.

Przyszły czerwcowe ulewy i potopy.

 

Deszczyk, jak to deszczyk, raz kwiatek, raz na bratek,

a raz na rozgrzane główki posłów naszych.

Patrzę tak sobie na naszych wybrańców i

przypomniała mi się stara piosenka

Kabaretu Starszych Panów

 

W czasie deszczu dzieci się nudzą,

to ogólnie zna-ana rzecz
Choć mniej trudzą się i mniej brudzą się

ale strasznie nudzą się w deszcz

Mi-lu-siiiń-scy !

 

A że Sejm często, gęsto, kabaret  przypomina to sobie przy pioseneczce pomajstrowałam i szlagierek sejmowy,

z przesłaniem, wysmażyłam:

 

 

                                  *

 

Bo gdy pada,

Bo gdy pada, bo gdy pada to:

 

 

C:\fakepath\0x - DESZCZOWE- dzieci KOALICJI.JPG

  

  

W czasie obrad chłopcy się nudzą

to ogólnie zna-ana rzecz
Choć mniej trudzą się i mniej brudzą się,

ale strasznie nudzą się w deszcz

plum, plum !

 

A dziewczynki robią minki,

bardziej kwa-aśne niż cytrynki

Wykrzywiając buzie swe

i śpiewając słowa te:

W czasie obrad panie się nudzą

to ogólnie zna-ana rzecz
Choć mniej trudzą się i mniej brudzą się

ale strasznie nudzą się w deszcz

plum, plum !

 

 

C:\fakepath\0x - DESZCZOWE- dzieci opozycji.JPG

Nie pogardzą również gratką

 

Nie pogardzą również gratką

by kole-egom dopiec hadko
Dowalając wdzięcznie im

wraz z refrenem tym:

 

W czasie obrad wszyscy się nudzą

to ogólnie zna-ana rzecz
Choć mniej trudzą się i mniej brudzą się

ale strasznie nudzą się w deszcz

Mi-lu-siiiń-scy !

 

                                  *

 

A gdy słonko w końcu zaświeci to

aż strach pomyśleć, co będzie ...

 

zielona trawka ?

oj tam oj tam

 

plum !

 

 

z przyjemnością polecam - Malina M*

    

jeśli podobał Ci się ten wpis

to wejdź     i zagłosuj


oceń
36
0

komentarze (31) | dodaj komentarz

NAJ

niedziela, 09 czerwca 2013 18:59

 

kto najładniej, kto najmodniej, kto najbardziej trendy, kto najciekawiej, kto naj … można tak mnożyć bez końca.

I tylko tego jednego, najważniejszego, NAJ w rankingu zabraknie – kto najgłębiej!

 

W ferworze walki, w natłoku spraw, prezentów, gości, restauracji, przygotowań, kwiatów, fryzur, ubranek, na to naj brakuje już i czasu, i siły, i w rezultacie chęci.

 

Czas Pierwszych Komunii.

 

Dla dzieci, dla rodziców no i oczywiście, jakże by inaczej, dla handlu. Dla tego ostatniego to wyjątkowa okazja - bo jak tu dziecku nie kupić, skoro wszystkie mają ... 

a dziecko to delikatny instrument, wygrać da się prawie wszystko.

 

No i poradniki internetowe kwitną.

Giełdy kwitną, media wabią, wystawy kuszą. Im więcej, tym lepiej! Już aparaty cyfrowe i komputery, od dawna, nie wystarczają. Quady, ipady, operacje uszu już się przeżyły. Teraz w modzie, tipsy, fryzjer, lot odrzutowcem i solarium.  Kryształy Swarowskiego, tiary i tiulowe welony.

 

Tylko jakoś dziwnie brak poradników,

jak dać dziecku więcej miłości, więcej siebie, więcej czasu.

Bo czasu coraz bardziej brakuje a siebie zastąpić wypasionym prezentem najłatwiej.

 

A kiedyś jednak było inaczej.

Cóż - w życiu zawsze coś za coś.

 

Wtedy mała dziewczynka o wzniosłych rzeczach miała w tym Dniu myśleć. Rodziców bardziej zaprzątała jej główka i serduszko, niż prezenty i popisywanie się przed resztą świata. Nie mieli się zresztą czym popisywać.

 

W życiu zawsze jest coś za coś.

 

Moda to bożek. Ulegają jej ci, którzy chcą i ci, którzy nie chcą, by ich dziecko poczuło się gorsze. I zupełnie nie wiadomo, co z tym zrobić. Szyć indywidualnie skromne ? ale ten medal też ma dwie strony, bo szyte czasem bywa droższe od kupionego, czy używanego, a jak ktoś chce błysnąć, to i tak błyśnie, nie sukienką, to wypasioną torebką albo super prezentem.

To już jak samo nakręcająca się sprężyna.

Nie da się zapanować. Nikt nie powie stop, bo nikt nie zrobi tego swojemu dziecku. Ale tak naprawdę to wszyscy, po trochę, robią to swoim dzieciom.

Co dzieciom z tego dnia zostanie?

Pamięć o sukience? pewnie tak, ale następne piękniejsze sukienki ją przykryją. Pamięć o ipadzie? wkrótce modny będzie lepszy a quad ? kiedyś zastąpią go kolejne samochody.

A przecież nie to jest w tym Dniu najważniejsze.

Nie to ma być tym Dniu najważniejsze.

  

 

  0x - 11.JPG

 

 

Moja Mamusia szła do Komunii w czasie wojny.

Siostry zakonne uszyły wszystkim dziewczynkom liturgiczne sukienki. Długie, proste, białe, z błękitnym haftem z motywem cygańskiej drogi. Po Mszy wspólne śniadanie u sióstr, w ogrodzie. Kakao i bułeczki, najlepsze na świecie.

Było bez prezentów ale z Rodzicami i z wielkim szczęściem

  

 

A tak ja wyglądałam

w tym pierwszym Wielkim Dniu mojego życia.

 

 

0x - 73.JPG

 

 

Miałam sukienkę dokładnie taką, jak moja Mamusia,

tylko nie z płótna a z białej tafty. Haft był w kolorze złotym, taki sam był sznur i atłasowe podbicie rękawów.

Trochę cierpiałam, bo tylko trzy miałyśmy sukienki liturgiczne. Chciałam wyglądać jak inne dziewczynki, jak księżniczka ale wtedy grymaszenie nie wchodziło w rachubę.

Wianek miałam z żywych, białych, ogrodowych goździków, całą noc pływał w miednicy a ja wychodziłam sprawdzić czy aby nie więdnie no i pierwszy raz w życiu prawdziwe białe rękawiczki a na szyi ślubny medalik mojej Mamusi.

  

Najbardziej chyba przeżyłam pierwszą spowiedź.

Z jednej strony się cieszyłam a z drugiej pojawiał się strach, że  sobie tę moją czystą duszę pobrudzę.

Oj zamęczałam swoją mamuśkę pytaniami – czy to grzech? a to? A to? Chciałam być czysta i mieć najpiękniejsze serduszko.

 

A prezenty? Pewnie, że pamiętam swoje prezenty.

Nocna koszula - pierwsza prawdziwa - różowa, z koronką , nie jakaś tam flanelowa w kolorowe pajacyki, wieczne pióro od Rodziców, było czerwone z białymi żyłkami, a od Dziadzia maleńki zegarek na czarnym rzemyczku. Nosiłam go wiele, wiele lat, zgubiłam w pracy, podczas pomiarów w starym pałacu, pewnie wpadł gdzieś między belki stropowe.

 

 

0x - 82.JPG

 

 

To moje zdjęcie grupowe.

Ponieważ byłam najwyższa z dziewczynek siedzę w samym środku kompozycji. Koło mnie (na zdjęciu po prawej) mój Wujek, też przeżywał z nami ten Dzień.

 

Nie pamiętam przyjęcia, chociaż wiem że było.

Pamiętam za to drogę do Kościoła,

szłam za ręce z moimi Rodzicami.

 

Chyba nigdy potem nie czułam takiej dumy ...

 

 

I pamiętam datę.

To był 9 czerwca.

 

Tak, jak dzisiaj …

 

 

z przyjemnością polecam - Malina M*

    

jeśli podobał Ci się ten wpis

to wejdź     i zagłosuj


oceń
38
1

komentarze (28) | dodaj komentarz

WESPÓŁ W ZESPÓŁ

piątek, 07 czerwca 2013 14:48

 

oba, dwa, mój braciszek i ja

i nasze wspólne cudowne dzieciństwo

 

 

   0 - WI - 05.jpg 

 

 

Trochę hultajska z nas była dwójeczka.

Ręka w rękę, gdy trzeba było coś zmalować. Dwie domowe, chodzące niewinności. Co złego to nie my!

 

A skąd !!!

kwiatek sam spadł z parapetu trzeciego piętra, prosto na tulipany sąsiada, talerzyk, ze ślubnego serwisu, sam się stłukł a sąsiadce język krasnoludki pokazały.

 

My - nieeee !!! 

a skąd ! gdzież tam, takie dwa geniusze !

 

                               *

 

Ale od początku.

 

Był piękny, niedzielny ranek. 

Wcześniej nic nie zapowiadało mojego przyjścia na świat, bo jeszcze dobre trzy tygodnie były przede mną. Niestety niedziele to mają do siebie, że przed nimi bywają soboty. A w sobotę moja bojowa Mamusia postanowiła wypastować wszystkie podłogi w domu. Jak postanowiła, tak też uczyniła i dodatkowo jeszcze wyfroterowała te podłogi, jeżdżąc na specjalnych szczotkach.

Niedzielny poranek zaskoczył więc moją Mamusię

 

Urodziłam się romantycznie,

o poranku, w ostatnim dniu wiosny.

A żeby jeszcze romantyczniej było,

to urodziłam się w czepku.

 

Moje przyjście na ten świat

powitał tubalny śmiech lekarza.

Cóż – wyglądałam nieco pokracznie. Ważyłam tylko 2.60 ale za to mierzyłam aż 60cm długości. Ale pająk ! dłuuugie nogi, długieee stopy, długie ręce i na dokładkę do tego mała, chuda, odrobina.

  

Czasy były wtedy ciężkie, wyprawkę dostawało się z pracy, z przydziału. Tatuś przyniósł więc do domu tetrę na pieluchy i żółtą flanelę na kaftaniki. Akurat żółta wtedy była w sprzedaży. Babcia poszyła mi piękne, żółte kaftaniki ale pech chciał, że na świat przyszłam z żółtaczką. No cud moi przynieśli do domu – chudy żółty pająk w żółtym kaftaniku.

 

Cioteczka, co akurat w odwiedziny do nas przybyła, stwierdziła, że tak brzydkiego dziecka to jak żyje nie widziała.         

 

 

0 - no no.jpg

 

 

Dałam popalić swojej rodzince, oj dałam.

 

Przez pierwsze miesiące całymi nocami ryczałam tak niemiłosiernie, że trzeba mnie było bez przerwy nosić na rękach. Danusia padała, noszenie padło więc na Antosia. Wtedy mój Tatuś wpadł na genialny pomysł. Wkładał mnie na noc do wózka. Do wózka przywiązał sznurek, drugi koniec sznurka przywiązywał do dużego palca u nogi. Jak rozpoczynałam wycie to Tatuś za pomocą sznurka przyciągał wózek a potem nogą go odpychał i tak do znudzenia, czyli do mojego uciszenia. Sąsiedzi odetchnęli, bo stukot kół, w porównaniu z moimi koncertami, to był mały pikuś.

 

 

          0 - 2 LATA.jpg 

 

 

Co roku Rodzice prowadzili mnie do fotografa.

Sadzali na krzesełko i kazali patrzeć, gdzie pofrunął ptaszek. Ptaszka nie widziałam za to ze strachu robiłam koszmarnego zeza ...

 

Dzieckiem byłam wyjątkowo strachliwym.

Gwizd parowozu sprawiał, że rzucałam się na peron i dostawałam ataku histerii, podobnie było gdy zobaczyłam wąsy mojego Dziadzia, no tragedia !

 

 

          0 - ja 32.jpg

 

 

Tak było do czasu, gdy urodził się mój Braciszek 

O dziwo zamiast zespołu zazdrości przeżyłam zespół miłości i od razu przyjęłam braciszka. Trzeba go było nawet przed przejawami mojej miłości chronić.

 

Braciszek był zaprzeczeniem mnie, urodził się grubiutki, okrąglutki i wesolutki. Wynagrodził rodzinie wszystkie nieprzespane noce. 

 

 

          0 - wi - 29.jpg 

 

  

Byliśmy zgodnym rodzeństwem

ale wojny na poduszki nie były nam obce. Ba, prowadziliśmy znacznie poważniejsze w konsekwencjach wojenki, krótko mówiąc tłukliśmy się czasem jak jasny gwint.

 

W dzieciństwie to ja byłam prowodyrem ale zanim się obejrzałam przywództwo objął Braciszek.

I tak zostało aż do lat młodzieńczych.

 

 

            0 - wi - 56.jpg

 

 

Faaajnie było.

 

Bawiliśmy się na podwórku w podchody, graliśmy w palanta, w dwa ognie a nawet w cymbergaja. Jak było zimno to w domu, na tapczanie, robiliśmy sobie wigwam ze starego koca i krzeseł. Wokół tapczanu była puszcza i wyły wilki a nasz wigwam niby na drzewie był rozbity. Przynosiliśmy na to drzewo zapasy żywności, znaczy chleba z masłem i z cukrem i tam spożywaliśmy, koniecznie przed obiadem musieliśmy spożyć. Na tapczanowym drzewie planowaliśmy różne wyprawy wojenne a nasi żołnierze to były pionki od chińczyka. Graliśmy też w bierki i w karty. Po kryjomu wyciągaliśmy te dorosłe karty i kanasta, makao, tysiąc, i wojna odchodziły aż miło !

 

Nigdy nie byłam królewną, jeśli już, to odgrywałam Zorro w kapeluszu i z kapą na plecach. I te nasze szpady z kija do wędki.

 

Tak całkiem bajkowo to jednak nam nie było.

Oprócz zabaw i lekcji mieliśmy konkretne obowiązki.

Braciszek codziennie latał do sklepu z dzbankiem po mleko, musiał też obierać ziemniaki. Ja latałam do piekarni po chleb, musiałam też zmywać naczynia. Nie tylko zmywarek nie było ale ciepłej wody w kranie też. Mycie skomplikowane było.

Oj nie zapomnę jak braciszek chciał na podwórko to koledzy rządkiem siadali i obierali ziemniaczki aż miło.

Sprzątanie  i podłogi to różnie nam przypadało. W zależności od okoliczności i od tego, co i kiedy które z nas zmalowało.

 

Kiedyś nabałaganiliśmy niewąsko i za karę mieliśmy umyć podłogę w przedpokoju i w naszym pokoju. Rodzice poszli a my dalej się kłócić kto myje większe. W rezultacie Braciszek zamknął się w pokoju a ja koniecznie chciałam tam wejść. Ja ciągnęłam drzwi, braciszek trzymał, ale jak znienacka puścił to sruuuuuu – poleciałam z drzwiami, drzwi trzasnęły z impetem we framugę i szyba z hukiem wyleciała. Niestety tak nieszczęśliwie , że zahaczyła o moją rękę i wyrwała kawałek ciała . Nooo – to się wystraszyliśmy !!! ręka na moment zrobiła się biała a potem to już fontanna, jak w rzeźni. Szczęściem na parterze lekarz mieszkał. Popędziłam co sił a przestraszony braciszek szorował schody, żeby ślady przestępstwa zmyć.

 

Oj, – oberwało się nam!

Nie przyznaliśmy się, jak było naprawdę a w zamian za piękną historię, sprzedaną Rodzicom, Braciszek mył za mnie podłogi przez dwa miesiące.

Do dzisiaj mam bliznę na prawej dłoni. Kiedyś miała kształt litery v ale po 20 latach coś zaczęło się dziać, wylądowałam na onkologii z 90 procentowym rokowaniem na złośliwy nowotwór. Dziękować Bogu wynik brzmiał - ciało obce i komórki typu ciała obcego.

Ech – drobinka szkła została, 20 lat siedziała sobie, drażniła i wypuszczała korzonki między palce i ścięgna. Mistrz nad mistrzami mnie operował, w trakcie operacji musiałam ruszać palcami i uratował mi rękę.

Takie to czasem bywają efekty zbyt krewkich wojenek.

 

Brata mam najlepszego na świecie.  

To jest ktoś, do kogo mam absolutne zaufanie

i za kogo dałaby sobie obciąć rękę.

 

W dorosłym życiu oczywiście żadnych takich tam bitew, ani nawet podjazdowych wojenek, nie prowadzimy. Prowadzimy za to razem firmę.  

I wyjątkowo dobrze nam się razem pracuje.

 

 

0 - ZAMEK 3.jpg

 

 

Tu zdjęcie z uroczystości wręczania nagród.

Z dumą oboje pozujemy do fotografii.

Widać po naszych minach, że zgoda buduje.

 

Wespół, w zespół,

oba, dwa, mój braciszek i ja

Obok nas stoi jeszcze wspólnik

Ale to temat na inne opowiadanie   

 

 

z przyjemnością polecam - Malina M*

    

jeśli podobał Ci się ten wpis

to wejdź     i zagłosuj


oceń
42
0

komentarze (46) | dodaj komentarz

STRZAŁ W DZIESIĄTKĘ

sobota, 01 czerwca 2013 19:09

 

dzisiaj strzelają wszyscy

taka moda w telewizji nastała.

 

Strzelają znudzeni spokojem dziennikarze,

strzelają wszekliej maści i barwy politolodzy,

strzela żądna władzy opozycja.

Kryzys strzały im nosi, więc do celu łatwo trafić.

 

Cóż -  moda to bożek.

 

Jak włosy proste, to prostują wszyscy, jak modne wygryzione, to wszyscy wygryzają. Jak krzyk, że premier  się wypalił to wszyscy jak papugi, hurtem. 

I w śmieszność wpadają hurtem - ci z lewej, ci z prawej i ci znudzeni ze środka - jeden krzyk: REFORMY !!!!

 

Nagle, jak kanie dżdżu,wszyscy łakną reform.

Jakich ??? ano tego nikt dokładnie nie wie - dobrych !

Takich, co ziemię w raj zamienią i to koniecznie od razu ...

bo małymi kroczkami, po kawałeczku i spokojnie to oczywiście jest be !

 

 

 

 

Powodzenia Panie Premierze !!!

 

10 lat dobrej gry w dobrej lidze i ciągle piłka w grze.

Są sukcesy, bywają i porażki ale macz ciągle trwa.

 

Że wrogowie już ciebie pogrzebali,

że dziennikarzom, znudzonym ciepłą wodą,

zamarzyła się zimna ulewa a najlepiej potop,

że wszem i wobec odtrąbiono klęskę

 

No i co z tego !

Piłka jest okrągła a bramki są dwie !

 

Jeszcze wiele jest takich osób, jak ja.

Osób, które widzą zmieniający się świat, piękniejące miasta i przywracane do świetności zabytki. Na każdej budowie są wpadki, budują ludzie, nie anioły, ale budują! może z opóżnieniem, ale do przodu!

Ci którzy krzyczą, że nie zbudowałeś dróg, jeżdżą tymi drogami i to całkiem wygodnie a że zza szyby świata nie dostrzegają, ich strata.  

 

Że autostrady nie można dokończyć na czas, cóż, ci którzy nigdy nie zaczęli takich zarzutów nie mieli.

Że tylko w kranie ciepła woda i tylko niewielki wzrost.

Że chcielibyśmy szybciej, lepiej i bezpiczniej, pewnie że byśmy chcieli ale chcenie nie może przesłaniać realiów.

 

Populizm obieca wszystko.

Moda zapanowała na reformy, Elektorat głodny reform, to populizm obieca reformy.

Jakie? Takie które nikomu nie zabiorą a wszystkim dadzą. Co dadzą ? ano, oprócz władzy, w kranie miód i mleko i dla każdego pracę, co jak manna spadnie z nieba.

Populizm obieca reformy ale co one dla ludzi na prawdę będą znaczyły, tego już populizm nie powie.

 

I tęsknią populiści do tego, by coraz trudniej się żyło.

I wmawiają, że za kryzys Premier odpowiada.

 

Zimny prysznic i spadek marzy się populistom więc zaklinają rzeczywistość.

Wabią kryzys i skutecznie straszą. 

 

 

                                     *

 

Czas jest trudny i na ten czas trafił nam się jeden z najlepszych premierów, jacy nami rządzili

 

Nie ukrywam - Donaldinho to mój ulubiony Premier

absolutna Premier League ...

 

 

. .z przyjemnością polecam - Malina M*.

    

jeśli podobał Ci się ten wpis

to wejdź     i zagłosuj


oceń
41
1

komentarze (49) | dodaj komentarz

JAK NAZWAĆ

piątek, 31 maja 2013 14:09

 

taki cud natury ???

Nie mam suflera, jak taki na przykład poseł Miller,

pamiętałam ale zapomniałam !

 

Nazwa łacińska, skomplikowana,

ale właściwie do czego mi ona ?

Tyle wiem, że drzewo unikalne i tylko takie jedno w moim mieście rośnie. Skąd się wzięło? tego nawet spece w Urzędzie nie wiedzą.

Pewnie ktoś, kiedyś, z bardzo daleka tu przytargał. Może sadzonkę a może tylko nasionko ? kto to wie ?

 

 

 

 

Nazwałam sobie to piękne drzewo

Szpakowym Drzewem.

 

Dlaczego tak właśnie ? Ano szpaki stadami oblegają kwitnące gałęzie. Jak po kwiatach pojawiają się liście to dopiero na drzewie rwetes. Ptasie radio z mega wzmacniaczem! Samczyki tak bardziej śpiewnie a samiczki jak przekupki na ptasim, rajskim, targu. Szpakowe przedszkole to też niezłe concerto.

 

A wszystko to na wyciągnięcie ręki,

wystarczy okno otworzyć.

 

 

 

 

Szpakowe drzewo rośnie za moim oknem,

a że mieszkam na pierwszym piętrze dosłownie włazi do pokoju. Kwitnie milionem maleńkich białych kwiateczków. i pachnie, pachnie, cudownie pachnie …

Zwłaszcza nocą słodki, duszący, orientalny, zapach przypomina opium, oczywiście mam na myśli perfumy.

Uwielbiam zapach mojego drzewa. Uwielbiam ptasie koncerty na moim drzewie.

 

 

 

 

Drzewo jest niskie ale zobaczcie jak rozłożyste!

Dla porównania, to drzewko po prawej to spory jesion a po drugiej stronie ulicy stare kasztany.

 

Szpakowe kiedyś miało odnogę. Rosła sobie poziomo, tuż nad chodnikiem. Chyba ze trzy metry tak sobie poziomo urosła. Dziw nad dziwy, ale dziw dość niebezpieczny. Gdy ją obcinali wszyscy sąsiedzi stali w oknach, jeden nawet położył się na ziemi w proteście ale rady nie było.

 

Odnogę ścięli ! Oj, jak bolało !!!

 

Rzeczywiście jednak zbyt było niebezpiecznie. Dzieciaki wieszały się na tym konarze jak na trzepaku i urządzały zabawy, nieszczęście było na wyciągnięcie ręki.

 

 

 

 

tak wygląda po obcięciu.

Dalej piękne, ale już nie tak. Na dole zdjęcia, tam, gdzie pień zakręca w prawo, jest ogromna rana. Już się zabliźniła ale pamiętam, jak kapały z niej wielkie łzy ... mnie też kapały i nie tylko mnie.

 

Ja to najbardziej lubiłam patrzeć jak zimą, po tym ośnieżonym konarze, tup, tup, czarny kot się skradał … a potem łuuup w biały puch, bo kora drzewa śliska.

Drzewo rośnie za murkiem oddzielającym przydomową zieleń od chodnika, za tym murkiem pełno zawsze śniegu …

eeech czarne na białym cudnie wygląda a jeszcze jak czarne zdziwione się otrzepuje …

 

oj – kocham to moje drzewo

i kota czarnego pod drzewem też

i szpaki …  

 

 

. .z przyjemnością polecam - Malina M*.

    

jeśli podobał Ci się ten wpis

to wejdź     i zagłosuj


oceń
31
0

komentarze (33) | dodaj komentarz

JEJ PORTRET

niedziela, 26 maja 2013 16:38

 

współczesny

najpiękniejszy, jaki udało mi się zrobić

 

 

 

 

W tym portrecie jest wszystko.

Łagodne, rozmarzone spojrzenie, delikatność,

takie wewnętrzne ciepło i przede wszystkim uśmiech.

Uśmiech, który zjednuje przyjaciół.

 

 

 

 

Czasem jednak uśmiech znika a pojawia się troska.

Tyle trosk przynosi życie. Na twarzy człowieka zmarszczki wypisują charakter. Danusia, po siedemdziesiątce, nie ma ich zbyt wiele. Nie retuszowałam portretów bo kocham zmarszczki Danusi, kocham te kurze łapki wokół oczu.

 

 

 

 

A tu portret z zaczarowanym księciem.

Nie dał się odczarować ani Danusi, ani mnie. Nie pomogło wieszanie na szyi. Ani zipnął. Teraz siedzi obok monitora i wybałusza na mnie te swoje zielone oczęta.

 

 

                                      *

 

Nie jestem zbyt oryginalna.

 

Co roku, na Dzień Matki, przynoszę Danusi czerwone róże i co roku zabieram Ją z tej okazji do sanatorium.

W prezentowym pakiecie trzy tygodnie w najpiękniejszym zakątku Kotliny Kłodzkiej, odpoczynek w zabytkowym szpitalu uzdrowiskowym, kuracja wodami z mineralnych źródeł, grająca fontanna, koncerty i inne atrakcje.

W promocji do pakietu – ja.

 

Pakujemy ulubione ciuchy, zostawiamy problemy, kłopoty, projekty, stres, urywające się telefony i w drogę. Zostawiamy nawet komórki.

 

Ten czas jest tylko nasz.

 

 

 

 

Popatrzcie, jak piękne wiosną są Duszniki.

 

Miejsce o cudownym alpejskim mikroklimacie, bujnej roślinności i kryształowo czystych górskich jeziorkach. Nie tak daleko ma swoje źródła Bystrzyca Dusznicka. Jest tak czysta, że można zobaczyć pływające pstrągi. Co kawałek wodospad albo jaz. W dzień, w parku, zawsze jest gwarno ale w nocy, gdy otworzy się okno, słychać szum wodospadu. Ze wszystkich stron góry porośnięte lasami. Ach – ten zapach czystego powietrza.

 

 

 

 

Miejsce, które niegdyś wybrał i ukochał Chopin.

Teraz Maestro z wysoka spogląda na kuracjuszy.

 

 

 

 

W jego dworku bez przerwy rozbrzmiewa muzyka.

Tutaj nuty płyną w cudnej harmonii z otoczeniem. To miejsce ma duszę. „Gdy nie ma duszy, nuty stają się fałszywe” mawiał, gdy z pasją komponował arcydzieła.

 

Zawsze zatrzymujemy się w największym i chyba najpiękniejszym szpitalu uzdrowiskowym Dusznik. Co roku wybieramy sobie inny pokój, żeby była jakaś odmiana.

 

 

 

 

Jan Kazimierz to samo serce parku zdrojowego.

Z okna widok na pijalnię wód i muszlę koncertową. Z innego okna widać grającą fontannę, a jeszcze z innego Dworek Chopina.

 

Cisza, spokój, cudowny park, zero samochodów. I bezpieczeństwo. Danusia przeszła dwa zawały, fakt że na miejscu czuwa lekarz to atut nie do przecenienia.

 

 

 

 

 

Szpital uzdrowiskowy jest ogromny.

Na parterze piękna jadalnia, basen, grota solna, wypoczynkowe patio i sklepik dla kuracjuszy. Na piętrze strefa zabiegowa a pokoje kuracjuszy na poddaszu.

 

Lubię taką atmosferę sanatoryjną. Spotyka się ciągle tych samych ludzi, nigdzie się nie spieszą, chętnie rozmawiają . Przed posiłkami siadają na parkowych ławeczkach przy małej fontannie. Stąd widać okna jadalni.

 

 

 

 

  

A jadalnie to bardzo sympatyczne miejsce.

 

Mamy tu swój stolik przy oknie. Z widokiem na park i muszlę koncertową. Zawsze ten sam, z numerem trzy. Miłe panie sadzają nam sympatycznych kuracjuszy. To tutaj skupia się sanatoryjne życie towarzyskie.

 

 

 

 

Dalsza część jadalni też jest ładna, ozdobiona wielkimi obrazami ale że nic nie zastąpi naturalnego widoku, więc zdecydowanie wybieramy przy oknie.

 

 

 

 

Jedzonko jest super a obsługa na medal.

 

Z miejsca zaprzyjaźniłyśmy się ze wszystkimi paniami.

To bardzo miły gest kiedy pani kelnerka przynosi z domu sernik, który upiekła i jeszcze pyta co upiec na  drugi tydzień. A panie pokojowe witają nasz przyjazd okrzykiem:

ooo - nasze słoneczka przyjechały !

Fajnie być słoneczkiem.

 

 

 

 

Wszystkie takie miłe!

 

 

 

 

Z tą jadalnią wiąże się zaskakująca historia.

 

Pewnego razu do naszego stolika przysiadła się sympatyczna pani Halinka. Jak zwykle zeszło na wspomnienia, każdy opowiadał, o mężach, o dzieciach, o szkole. Mój mąż chodził do szkoły w Brzegu, stwierdziła w pewnym momencie Halinka … oooo – nadstawiła uszu Danusia … i tak od słowa do słowa, okazało się, że mąż Halinki to kolega z klasy Danusi. Nooo – się działo !!!

 

Mąż Halinki , czyli Rysio przyjechał po kilku dniach po żonę. Wiedział, że czeka go niespodzianka ale nie wiedział jaka. Poprosiłyśmy obsługę, żeby pozwoliła nam dłużej zostać. Po kolacji wpada Rysio kłania się pięknie.

Poznajesz ??? pyta Danusia ... Rysio patrzy, patrzy i chyba nie tak całkiem poznaje ... Halinka deliktnie podpowiada  - to koleżanka z klasy ... ojjjjjj !!! te oczy !!! Danusia !!! No nie !!!

 

Ponad 50 lat się nie widzieli. Panie kelnerki się popłakały, ze wzruszenia. A potem, na naszym tarasiku, przez całą noc, wspominali(śmy) dawne czasy. Przy dobrym winku i przy  asyście uzdrowiskowych komarów. 

 

 

 

 

Pasją Danusi są zdjęcia.

Zabieram więc aparacik i co na drodze to nieprzyjaciel, nawet uzdrowiskowa kawiarenka!

 

 

 

 

W naszym oknie park się przegląda

a z wnętrza pokoju wyglądają dowody szalonych wędrówek po uzdrowiskowych sklepikach.

 

Ech – tutaj zawsze można kupić rozmaite miody z dusznickich pasiek a nawet świeżutkie kosmetyki Tołpy. Świeższe, niż w normalnym sklepie. Szalejemy sobie jak pijane zające w kapuście.

 

 

 

 

A co – jak szaleć, to szaleć !

Można nawet głową w dół albo tak jakoś na ukos. Radości i miłych drobiazgów nigdy dosyć. Tylko kłopot potem jak to wszystko do domu zatargać.

 

Niestety, z kupnem bukietu jest spory kłopot.

W Zdroju nie ma kwiaciarni, trzeba dwa kilometry do miasta i dobry powód, żeby do tego miasta Danusia nie zechciała wybrać się ze mną. Kombinuję jak koń pod górę a Danusia udaje, że się nie domyśla i zawsze bardzo jest zaskoczona, gdy w końcu zziajana przytargam bukiet.

 

 

 

 

To nic, że potem róże stoją w butelce po wodzie mineralnej. I tak Danusi się podobają.

Nawet gdyby były paskudne też by Jej się podobały,

tyle mają w sobie serca.

 

 

 

 

A potem idziemy karmić kaczki nad Czarny Staw.

To też część rytuału świętowania.

 

 

 

 

Uwielbiam świętować Dzień Matki.

W tym dniu daruję Danusi odrobinę luksusu...

odrobinę luksusu bycia razem.

 

 

 

. .z przyjemnością polecam - Malina M*.

    

jeśli podobał Ci się ten wpis

to wejdź     i zagłosuj


oceń
60
0

komentarze (50) | dodaj komentarz

SŁOWO SIĘ RZEKŁO

wtorek, 21 maja 2013 12:36

kobyłka u płota.

A nawet kilka kobyłek i to z rozmaitych stajni.

 

Poszukałam w swoim archiwum.

Wytargałam swoje dawne projekty, zgodnie z zamówieniami.

Trochę sentymentalna podróż bo czas goni, jak oszalały, coraz to nowe projekty, coraz to nowe obiekty. 

Jak spojrzę wstecz, to nie chce mi się uwierzyć ile tego było. Eeech  - ile to już lat !

 

 

 

 

Zola zamarzyła sobie kremową perełkę

z białym wystrojem - bardzo proszę!

 

Jedna z zabytkowych kamienic rewaloryzowanego bloku śródrynkowego w Strzegomiu. W promocji Zolu „moja” gotycka wieża widokowa a na niej hełm. 

Z tą promocją to mieliśmy sporo główkowania. Wieża gotycka, niegdyś przykryta ostrosłupowym hełmem gotyckim, potem barokowym. Ten barokowy , jak pokazywała ikonografia, był bardzo rozbudowany, piętrowy, z cebulastym zwieńczeniem.

Po wielu dyskusjach z Konserwatorem Zabytków zdecydowaliśmy, że hełm będzie w formie gotyckiego, ale żeby nie udawał, to wykonamy go w technologii współczesnej, ze szkła.

 

Teraz ten szklany hełm jest charakterystycznym elementem panoramy miasta.

Widać go z bardzo daleka. 

 

 

 

 

A to - fiołkowe marzenie

dla Bożenki, dla Missi i dla Miny.

 

Och – w naturze ten romantyczny pałacyk będzie zupełnie inny, pomalują go w tonacji ugrowej, ale pomarzyć na fiołkowo zawsze można.

 

Mój ulubiony profesor tłumaczył nam na wykładach, że by dobrze rewaloryzować zabytek trzeba zapomnieć o sobie. Im lepszy projekt, im lepszy projektant, tym bardziej na zabytku pokazuje się geniusz twórcy a nie geniusz architekta. Tak więc, z godnie ze sztuką, zabytek ma być marzeniem jego twórcy a nie moim … o!

Więc fiołkowy to tylko tutaj ...

 

 

 

 

Roman poprosił o „malinkę”

Romanie, zgodnie z życzeniem - malinowy ratusz.

 

Ratusz jest w rzeczywistości inny, taki, jak jego najstarsza warstwa kolorystyczna. To, co widać tutaj, to warstwa trochę młodsza. Tak właśnie, kiedyś tam, w dalekiej przeszłości, ratusz ten wyglądał.

No - może czerwienie nie były aż tak malinowe a tła trochę bardziej szare ale - miał być malinowy – jest !

 

 

 

 

Dla Heleny czekoladowe ciastko z bitą śmietaną.

 

Dodałam trochę gorzkiej czekolady, trochę karmelowego kremu i dużo bitej śmietany. Że będzie słodkie ? Ano zobaczymy, jeśli projekt zostanie zrealizowany.

Kamienicy była goła i gładka jak pupa niemowlaka. Oczywiście elewacje miały dyżurny, socjalistyczny, szary kolorek. Udało mi się, ze starych materiałów, odtworzyć wygląd detali. Ubrałam ją w ciepłe brązy. Na takich kolorach dobrze prezentują się słodkie, śmietanowe detale a jeszcze jeśli pod nimi umieści się ciemną gorzką czekoladę to ciastko nie powinno mieć zakalca.

 

 

 

 

Teraz zabawię się w czarnoksiężnika.

Przeniosę Teatr, ze świdnickiego, Rynku daleko, daleko. 

aż do baśniowej krainy Oz. Tam oliwki z łatwością zamienię w szmaragdy.

 

Świdnica to piastowski gród.

Dawne Księstwo Świdnicko-Jaworskie.

Ilonko – dla Ciebie to dzisiaj Szmaragdowy Gród.

 

 

 

 

Marzatelka zapytała mnie, czy wiem jaki to kolor Navy ?

alElla zaproponowała granatowy mundurek z białym kołnierzykiem i z białymi lamówkami, no i koniecznie tarczę. Mina, oprócz fiołków, lubi kolor niebieski.

 

Tu miałam największy problem – takiej kolorystyki nigdy jeszcze nie zmajstrowałam.

Ale zaraz – tarcza … tarcza …

o – mam, już wiem, gdzie jest tarcza!

 

Wprawdzie nie tarcza uczniowska, tylko tarcza herbowa, ale zawsze coś. Sami zobaczcie, tu herb Opactwa Krzeszowskiego, pochodzący z 1242 roku.

W rzeczywistości, ta elewacja, to barokowa jajecznica ze szczypiorkiem ale pewne konotacje z herbem można wyprowadzić … jak kto się uprze.

 

A ja uparta przecież jestem.

 

 

. .z przyjemnością polecam - Malina M*.

    

jeśli podobał Ci się ten wpis

to wejdź     i zagłosuj


oceń
53
1

komentarze (46) | dodaj komentarz

??

poniedziałek, 20 maja 2013 13:28

 

BYŁA NOTKA i nawet był komentarz i się wszystko zdematerializowało, jak duch ojca Hamleta

NIE MA NOTKI

????


oceń
6
16

komentarze (16) | dodaj komentarz

ZGODNIE Z OBIETNICĄ

czwartek, 16 maja 2013 10:12

 

obiecałam, że jeśli ktoś powie ulubiony kolor

to zadedykuję mu kamienicę

no to dedykuję

 

 

 

 

Ewa Ozonka lubi popiele i czerwienie - mówisz masz Ewciu

 

Ciemny burgund z pięknie zachowanym wystrojem

Właśnie kamienica została wyremontowana, to jedna z bardziej  ozdobnych kamiec rynkowych w Nowej Rudzie

 

 

 

 

Dla Lusi Jej ulubione oliwkowe zielenie.

Lusiu - zgodnie z życzeniem w przebogatej secesyjnej kamienicy, już dość dawno wyremontowanej.

 

Właściwie to fragment kamienicy zamykającej pierzeję świdnickiego Rynku, kamienica jest bardzo wysoka, w narożniku ma kopułę a na kopule Bożek Hermes strzeże wszystkich spacerujących po Rynku.

 

 

 

 

Tomku - pałac w kolorze miodu,

który dają nam Twoje pszczółki-kochaneczki.

Tutaj trochę wyzłociłam tło, w rzeczywistości kolor tła jest dużo spokojniejszy.

 

 

 

 

Krysia cała jest w niebieskim niebycie.

Zmajstrowałam dla Niej niebieski ratusz. Takiego Konserwator by mi nie pozwolił zmajstrować, bo inne kolorki w badaniach się pokazały. Ale zgodnie z obietnicą nieba kawałek mogę przychylić.

 

 

                                       *

 

Wpis jest otwarty, jeśli ktoś ma życzenie dostanie następną kamienicę, jeśli takiego koloru nie mam to przerobię i będzie wtedy mógł zobaczyć jak "by"

wyglądała w jego barwach

 

 

 

. .z przyjemnością polecam - Malina M*.

    

jeśli podobał Ci się ten wpis

to wejdź     i zagłosuj

 

 


oceń
55
2

komentarze (42) | dodaj komentarz

SEN PORUCZNIKA

niedziela, 12 maja 2013 22:06

 

tak nazwałam sobie tę zieloną kamienicę 

Każdą z kamienic jakoś tam sobie nazywam.

 

Klasztor w Krzeszowie, dla przykładu, to była jajecznica ze szczypiorkiem, czyli pierwsze skojarzenie, jakie mi się nasunęło, gdy odkryły się barokowe kolory - mocny trawiasty zielony i wściekły słoneczny ugier.

 

 

 

 

Nie muszę już nawet mówić, jak koszmarny był to sen.

 

Wystrój doszczętnie zniszczony!

Dwa rachityczne, zamazgane gzymsiki, bułowate, płaskie jak patelnia "coś" zdobiące mansardowy dach i jeszcze te wymalowane na buraczano opaseczki.

 

Ani pilasterka, ani lizenki - nic !!!

goło i niewesoło - gładka jak pupa niemowlaka!

 

 

     

 

 

Szczęściem znalazła się dobra ikonografia i udało mii się odwzorować rysunek dawnego wystroju.

Dokładnie i w proporcji. Wprowadziłam podłużne lizeny, zakończone płycinami, imitującymi głowice. Okna dostały profilowane, szerokie opaski a piano nobile, czyli pierwsze piętro, otrzymało dodatkowo półłukowe zwieńczenie okien z wypełnieniem w kolorze głowic.

 

Stare wymalowanie na fotografii sugerowało zielenie.

Więc w kierunku zieleni sobie poszłam.

A dlaczego niby *sen porucznika* ???

mógł być na ten przykład podchorąży. 

Cóż, podchorąży zawsze zdąży ale ja nie podchorąży.

Mogłam niechcący zapeszyć więc porucznik wydał mi się bezpieczniejszy.

 

 

 

 

W tej kamienicy udała się bardzo fajna rzecz.

Otóż trzy okna udało się zachować, są autentyczne, pozostałe odtworzone są w charakterze tych pierwotnych 

i tworzą spójną całość.

 

                                   *

 

A teraz dwie inne kamienice.

Jeszcze cieplutkie, prosto z komputera.

Właśnie przesłałam Wykonawcy ostatnie poprawki i rozpocznie się remont. Cieszę się, bo te dwie, chociaż miały wystrój to też były bardzo nijakie.  

 

 

    ` 

 

 

Tu jednak wystarczył tylko projekt wzmocnienia konstrukcji ściany, program wzmocnienia tynków i program konserwatorski renowacji detalu.

Musiałam też coś zrobić z bezstylowymi parterami i uporządkować ten niezbyt artystyczny bałagan.

 

Resztę wydobył już kolor.

 

 

 

 

Uśmiecham się do Was 

wymyślcie nazwy tym moim dwóm kamieniczkom

bardzo jestem ciekawa

 

  

. .z przyjemnością polecam - Malina M*.

  

jeśli podobał Ci się ten wpis

to wejdź     i zagłosuj


oceń
46
0

komentarze (38) | dodaj komentarz

TEMAT NA DŁUŻSZĄ NOTKĘ

piątek, 10 maja 2013 15:08

 

co zrobić z kamienicami szarymi i nijakimi,

zabytkowymi ale z elewacjami odartymi ze wszystkiego, co dawny zabytek przypomina. Kilka takich właśnie kamienic trafiło mi się przy okazji rewaloryzacji pierzei rynkowych w Nowej Rudzie.

 

Elewacje o bogatym wystroju to stanowczo dużo prostsza rzecz dla projektanta. Robota mrówcza, skomplikowana ale przynajmniej wiadomo co zrobić. A tu ???

 

Zacznę od kamienicy Rynek 4.

Prace remontowe przy tej kamienicy już zostały ukończone, można więc zobaczyć w naturze

efekt zmagań projektanta.

 

 

 

 

To jest projekt, zrzut bezpośrednio z mojego monitora.

Tak widzę, kiedy rysuję w programie auto-cad.

 

Zanim jednak do tego doszłam droga była długa i trochę z kolcami. Cóż – w mojej pracy trzeba przeważnie wykombinować kilkanaście wersji a potem wybrać tę najbardziej odpowiednią, zwykle okazuje się, że najprostszą i jedną z pierwszych.

 

Popatrzcie teraz na zdjęcie poniżej.

Do każdego projektu takiej elewacji, oprócz rysunków, sporządza się również dokumentację fotograficzną

stanu istniejącego obiektu.

 

Tak wyglądała elewacja kiedy projekt rozpoczynałam i przyjechałam zrobić pomiary do inwentaryzacji.

 

 

      

 

 

Koszmar, łzy i czarna rozpacz !

 

Gołym okiem widać, że tynki współczesne a z wystroju śladu nie zostało. Co zrobić, żeby kamienicy minimum dawnego wyglądu przywrócić nie uprawiając przy tym radosnej twórczości ?

 

Ano, trzeba poszukać w literaturze, ikonografii, w starych materiałach, których sporo w przepastnych szafach Konserwatora Zabytków.

 

 

 

 

 

Jeśli zachowały się stare tynki to trzeba też zrobić badania, uczenie zwane badaniami stratygraficznym.

 

Określa się w nich wszystkie warstwy tynków, od najstarszej, do najmłodszej, określa się czas powstania tych warstw a także pobiały albo warstwy kolorystyczne, jeśli tynki były malowane. Po tych badaniach wiemy czy i kiedy elewacja była remontowana, wiemy też jak w poszczególnych okresach wyglądała. Zwykle w projekcie przywracamy kamienicy najstarszy warstwę, czyli najstarszy wygląd. Ale nie zawsze, czasem młodsza warstwa zasługuje na wyróżnienie. Od tego jest jeszcze ikonografia, teksty źródłowe no i wytyczne oraz wiedza Konserwatora Zabytków który jest, w procesie projektowania, wielką pomocą dla projektanta.

 

Ta moja kamienica nie miała przeprowadzanych badań bo, jak wynikało z odnalezionych materiałów, w latach 60 tych przeprowadzony gruntowny remont pozbawił ją pierwotnych tynków i wystroju.

 

Na starej ikonografii widać jednak, że miała i opaski okienne i takie bardzo ciekawe sterczyny.

 

 

       

 

 

Tak wygląda wydruk planszy projektowej. Oczywiście wykonawca nie bazuje na kolorze wydrukowanym, bo drukarka przekłamuje. Kolory określone są w projekcie według koloratora odpowiednim symbolem.

  

A to już kamienica świeżutko „po”

Jeszcze wszystko nie jest wykończone ale efekt już widać.

 

 

     

 

 

Zdjęcie nieco zamglone, bo robione wczesną wiosną przy kiepskiej pogodzie. Było tak zimno i tyle miałam biegania po budowach, że pstrykałam bez kadrowania i bez zastanawiania się jak wyjdzie.

 

 

 

 

 

Tu nico lepiej widać naturalny kolor,

piękną neogotycką czerwień i prosty detal, który nawiązuje formą do niegdyś zdobiącego elewację.

Szczególnie dobrze widać kubiczne sterczyny, charakterystyczną niegdyś cechę tej elewacji. Dlaczego je usunięto, trudno powiedzieć, może były tak zniszczone, że zagrażały przechodniom.

Patrząc na elewację nie mamy wątpliwości, że detal jest współczesną rekonstrukcją. Nie próbuje udawać starego wystroju. I tak powinno być.

 

 

 

 

 

Tylko trochę mi smutno, że nie udało się okien takich jak pokazałam na rysunku. Ale zawsze jest coś za coś, koszty zaważyły niestety. Jak przyjechałam okna już były, nie było sensu marudzić i się wymądrzać.

 

 

 

 

Lubię tak stanąć pod „moim” obiektem,

lubię popatrzeć sobie w górę …

Nawet pod słońce. Nawet jeśli muszę udawać, że okna są jak w projekcie. A nie są biedaki.

 

Każda kamienica ma awers i rewers.

Z tyłami bywa niestety jeszcze gorzej niż z frontami. Powiem nawet, że jest fatalnie. Koszmarne podwórka, walące się oficyny. Elewacje kamienic obgryzione obdrapane, brudne. Rozpacz wyłazi z każdego kąta.

 

 

 

 

Popatrzcie choćby na ten piękny portal z czerwonego, noworudzkiego piaskowca. Jego prawie nie widać, tak jest zaciapany współczesną zaprawą.

 

Ktoś kiedyś „odremontował” tę tylną elewację i nie przejmował się zbytnio jakimś tam durnym portalem kamiennym. Świadek przeszłości tylko mu zawadzał. Bo swoją drogą konserwacja takiego portalu a pokrycie go tynkiem to w kosztach niebo a ziemia, nawet porównać się nie da. Prawidłowa konserwacja kamienia jest bardzo kosztowna. Kto by się tam kiedyś tylnymi elewacjami zajmował. Zatynkować i spokój.

 

 

Powoli, powoli, jednak i na tyłach coś cię zaczyna.

Z morza brudnej szarości zaczynają powoli wyłazić kolory.

 

 

 

 

Tu widać jak wylazła czerwień mojej kamienicy .

Widać też zieleń drugiej. Kremowa nie jest „moja”.

 

Kamienice nie choinki, nie wolno ubierać je w ozdoby, których kiedyś nie miały. Tylne elewacje są więc zwykle prościutkie, bez wystroju. Czasem tylko w kamienicach, które niegdyś należały do bogatszych osób trafiają się opaski okienne albo portale przy drzwiach do sieni. Takie portale jak ten kamienny, który pokazałam.

 

 

Dłuższą notkę podzieliłam na części.

Jutro opowiem o tej drugiej kamienicy. 

O zielonej kamienicy Rynek 4.

 

 

. .z przyjemnością polecam - Malina M*.

  

jeśli podobał Ci się ten wpis

to wejdź     i zagłosuj


oceń
49
6

komentarze (41) | dodaj komentarz

wtorek, 27 września 2016

O moim bloogu

w malinach, jak to w malinach - pachnąco i kłująco

Statystyki

Odwiedziny: 291411
Wpisy
  • komentarze: 7164
Bloog istnieje od: 1711 dni
Najlepsze Blogi

MOJE BLOGI

* ZAPRASZAM

powiadomienie o nowym wpisie

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Film

Bloog.pl