Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 259 895 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

KAP, KAP ...

piątek, 30 listopada 2012 19:23

  

na przekór temu, co za oknem

na przekór słotom, błotom i kłopotom

 

  

 

 

kap, kap, łezki jesieni
kap, kap, krople czerwieni

 

 

 

 

złoto piechotą idzie i śpiewa
kap, kap - pomaluję drzewa ...

 

  

. .trochę złota polecam - Malina M*.

   


oceń
3
0

komentarze (15) | dodaj komentarz

JESZCZE

wtorek, 27 listopada 2012 11:11

 

jeszcze po drodze do nieba

wstąpię na targ próżności

 

 

 

 

kupię sobie na zapas

kilogram satysfakcjii

cztery deko podziwu

i magiczne lusterko

diabeł? - anioł?

słodycz? - gorycz?

sobie? - tobie?

 

Na siódmym szczeblu drabiny

rozdam, co sobie kupiłam

przyjacielowi podziw

satysfakcję wrogowi

odwrócę magiczne lustro

w czystym krysztale zobaczę Ciebie

uśmiechniętego anioła

słodycz wiary

i gorycz nadziei

potknę się o miłość,

której zabrakło

 

 

. .chwilę refleksji polecam - Malina M*.

   

jeśli podobał Ci się ten wpis

to wejdź    i zapromuj

 


oceń
5
0

komentarze (39) | dodaj komentarz

I ZMAJSTROWAŁO LICHO

poniedziałek, 26 listopada 2012 7:37

 

dobrze mu poszło

a pomógł czas, ogień i woda

 

 

  

 

 

no proszę, gdzie znalazły się belki więźby

i nie tylko więżby także belki belki stropowe,

 

 

         

 

 

fruuuu - z góry na samiuteńki dół.

 

 

 

 

A na górze drzewa strych porastają,

 

 

          

 

 

Nie powiem, drzewko cudne tylko dlaczego na murze ??? może mu się coś ze skałą pomyliło.

 

Dobrze, że na innej części budynku więźba, a właściwie to jej fragmenty ocalały na tyle, że można było odtworzyć konstrukcję całej.

 

 

 

tak wyglądają rzuty więźby tej części obiektu

 

 

 

to fragment budynku, który na rysunku, w poprzednim wpisie, nie ma kreskowania

 

 

  

 

To, co teraz pokauję, to rysunki w przestrzeni.

Na niektórych założona jest faktura i światło więc, mniej więcej, pokazują jak będzie.

 

 

 

 

na korytarzach więźba jest jeszcze niezbyt skomplikowana

 

 

 

 

gorzej, gdy przychodzi przenikanie dachu z daszkami wieżyczek, tu kończą się żarty a zaczynają schody

 

 

 

 

przenikania elementów w różnych płaszczyznach

 

 

 

 

romantycznych wieżyczek na obiekcie nasiało, więc za piękno trzeba płacić, z jednej strony zachwyt a z drugiej niewąska łamigłówka

 

 

 

 

I jeszcze na koniec poglądowe rysunki budowania modelu więźby w przestrzeni

 

 

 

 

wydaje się się że to takie sobie sobie rysuneczki ,

dziecięca układanka z patyczków

 

 

 

 

a jednak to tylko faza rysowania w przestrzeni,

bez tych schematów trudno się poruszać w tak skomplikowanej materii

 

Te wizualizacje, ze światłem i cieniem, rysował mój bratanek Krzysiu, zwany prze mnie Misiem. Misiu jest konstruktorem ale do architektury i zabytków ma i oko i rękę - moja krew

 

 

. .z przyjemnością polecam - Malina M*.

   

jeśli podobał Ci się ten wpis

to wejdź    i zapromuj

 


oceń
3
0

komentarze (34) | dodaj komentarz

KTO WIE

piątek, 23 listopada 2012 21:40

 

że sanatorium w Sokołowsku

to pierwsze na świecie sanatorium przeciwgruźlicze , pierwowzór szwajcarskiego Davos.

Wybudował je w drugiej połowie dziewiętnastego wieku doktor Hermann Brehmer.

 

 

  

 

 

Hermann Brehmer urodzony niedaleko Strzelina początkowo studiował na Uniwersytecie Wrocławskim nauki matematyczne i przyrodnicze, potem przeniósł się do Berlina gdzie oprócz nauk botanicznych zaczął studiować medycynę. Ten właśnie okres szczególnie wpłynął na życie Brehmera, spotkał wówczas słynnego podróżnika i przyrodnika Aleksandra Humbolta i długo pozostawał pod jego przemożnym wpływem. Za namową nadwornego lekarza króla Fryderyka Wilhelma IV Brehmer zdecydował się otworzyć przewód doktorski, jego tematem była „Tuberkuloze” - gruźlica.

 

W roku 1859 doktor Brehmer uzyskał od rządu pruskiego koncesję na prowadzenie, według opracowanej przez siebie metody, zakładu leczniczego dla chorych na płuca.

 

 

 

 

W tym czasie siostra jego żony, hrabina Maria von Colomb, prowadziła w niewielkiej miejscowości, położonej malowniczo u stóp Gór Suchych, własny zakład hydroterapeutyczny. Kto nie zna to wyjaśniam - Góry Suche to część pasma Gór Kamiennych w Sudetach.

Niestety z tego założenia nic się nie zachowało.

 

Wkrótce po uzyskaniu koncesji Brehmer przejął posiadłość i przystąpił z wielką energią do rozbudowy owego zakładu a właściwie to wzniósł od nowa swój własny – z rozmachem i geniuszem lekarza i budowniczego.

 

 

  

 

 

ikonografia - widok na starej pocztówce

 

Najpierw sam zaplanował uzdrowiskowy park  i wprowadził w nim podział terenu na części przeznaczone dla lekko i ciężko chorych.

Układ parku został tak wytyczony, aby chorzy mogli pokonywać zróżnicowane wysokości terenu. W tym celu obok promenad zostały specjalnie dobrane miejsca odpoczynku.

Już wówczas rozpisywano się o tym założeniu - "Tak jak cały proces leczenia jest całkowicie kontrolowany przez lekarzy, tak park pozwala w pełni kontrolować chorego. Park został tak pomyślany, aby nie było żadnego zbędnego bicia serca czy zadyszki. Według specjalistów żaden park w Europie nie był tak doskonale zaprojektowany." W parku ustawione były pawilony sanatoryjne. Do dzisiaj część z nich się zachowała.

 

Teren przeznaczony dla najciężej chorych znajdował się w pobliżu budynków kuracyjnych. Stanowić miał on namiastkę lasu.

Teren ten przecinały alejki, pomiędzy którymi rosły kępy drzew iglastych, osłaniające ławki przed słońcem i wiatrem. W tej części parku znajdował się, założony na planie czwórliścia, staw z fontanną, w którym pływały złote rybki,

 

 

 

 

Pozostała część parku, przez który wije się mnóstwo strumyków, pięła się stromo po górach.

 

Do planowania obiektów kuracyjnych doktor Brehmer sprowadził z Francji znanego architekta Edwina Opplera. W roku 1862, według jego projektu, wzniesiono tak zwany „staryKurhaus” niestety nie dotrwał do dzisiaj, popadał w ruinę i ostatecznie w latach siedemdziesiątych poprzedniego stulecia został rozebrany.

Zachowała się jedynie fragment – drewniana weranda pełniąca rolę ogrodu zimowego i ośmiokątny westybul, nakryty kopułą, poprzedzony otwartym gankiem.

 

 

 

 

Tak oto prezentują się szczątki owej werandy i westybulu.

  

Na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych dziewiętnastego wieku dr Brehmer przystąpił do  rozbudowy zakładu od strony wschodniej.

Wybudowano wówczas dwukondygnacjowy dom własny, do którego od południa przylegała jednokondygnacjowa czytelnia.

 

 

 

 

W pomieszczeniu tym, podczas miesięcy zimowych ustawiano scenę, na której występowały zespoły teatralne sprowadzane z pobliskich miejscowości. Natomiast wiosną i latem w czytelni odbywały się koncerty orkiestry wałbrzyskiej. Od strony zachodniej do czytelni przylegała czworokątna, trzykondygnacjowa wieża, ze spiralną klatką schodową w okrągłej wieżyczce dostawionej w narożu. Jedną z kondygnacji wieży zajmował gabinet dr Brehmera.

Z tej fazy budowy zachowały się dawna czytelnia, weranda i prowadzący do niej westybul. Dom doktora Brehmera uległ prawie całkowitemu zniszczeniu.

 

 

 

 

na zdjęcu widoczne pozostałości domu od strony ogrodu

 

Budowa kolejnej i zarazem największej części głównego budynku sanatorium została rozpoczęta w 1875 roku.

Nowy budynek sanatoryjny przylegał do wschodniej ściany czytelni. Sanatorium to składało się z korpusu mieszkalnego, z mansardą, ujętego od zachodu dostawionym poprzecznie skrzydłem mieszczącym główną kładce schodową; od wschodu skrzydłem mieszkalno-zabiegowym.

 

 

 

 

Komunikację ze starszą częścią sanatorium zapewniał przylegający do czytelni łącznik, mieszczący w parterze nowy ogród zimowy dla kuracjuszy. Taras nad ogrodem zimowym został zabudowany ażurową konstrukcją drewnianą.

Mieścił się tam prywatny ogród zimowy dr Brehmera.

 

 

 

 

Wnętrza sanatorium charakteryzowały się szerokimi, wygodnymi korytarzami pośrodku i pięknymi apartamentami.

 

Ogrzewane przez ciepłe powietrze apartamenty, były doskonale wietrzone. Ich wyposażenie, nawet w drobiazgach, dopasowano do stylu budowli.

Niedługo po ukończeniu właściciel zakładu wprowadził w całym sanatorium klimatyzację, która zapewniała w lecie stalą temperaturę nie przekraczającą 16 stopni Celsjusza i dokonywała pięciokrotnej wymiany powietrza w pomieszczeniach w ciągu godziny.  

 

 

 

 

Zespół budowli sanatorium powstawał stopniowo, w ciągu kilkunastu lat. Projektowany przez wybitnego architekta prezentuje cała paletę zróżnicowanych odmian neogotyku - głównie francuskiego.

Charakterystyczna asymetria i brak osiowości stanowią zaprzeczenie neogotyku wyrastającego z berlińskiej szkoły i na terenie Dolnego Śląska stanowią w tym czasie ewenement.

 

Niestety, polska „Zaczarowana Góra”

podzieliła los wielu zabytków.

Dopiero w ostatnich latach trafili się właściciele, którzy z sercem i zapałem przystąpili do odbudowy.

Po odbudowie będzie się tu mieściło

Międzynarodowe Laboratorium Kultury *In Situ*

 

To jeden z ciekawszych projektów nad którym przyszło mi pracować.

 

Opowiem o tym w następnym wpisie …

 

 

. .z przyjemnością polecam - Malina M*.

   

jeśli podobał Ci się ten wpis

to wejdź    i zapromuj

 


oceń
3
0

komentarze (31) | dodaj komentarz

KOALICYJNY PŁOT

środa, 21 listopada 2012 10:30

 

oj tam, oj tam, zaraz płot, a może tylko płotek albo płoteczek, kto się lubi ten się ... no właśnie ...

a tu opozycja powyłamywania szczebelków życzy a dziennikarze schody wieszczą

 

 

 

 

niedoczekanie opozycji,

niedoczekanie dziennikarzy

 

wprawdzie koalicyjne schody trochę strome są i nogę zwichnąć można, gdy się podskakuje, wprawdzie na koalicyjnych schodach i skórkę od banana ktoś podrzucić może ale mam nadzieję, że koalicja po schodach się jakoś wdrapie na górę i to wspólnymi siłami.

 

Bo jak nie, to ostra jazda nas czeka - windą do IVRP

i to bez trzymanki

 

 

. .do przemyślenia polecam - Malina M*.

   

jeśli podobał Ci się ten wpis

to wejdź    i zapromuj

 


oceń
1
0

komentarze (21) | dodaj komentarz

LICHO ŚPI

poniedziałek, 19 listopada 2012 11:15

 

na starych strychach

w zabytkowych więźbach mości sobie legowisko

 

 

 

 

Sprytne to licho.

Pod starą murłatą wydłubało sobie dziuplę, wygryzło cegły, wydrapało zaprawę i śpi, cały boży dzionek, jak ten suseł. A gdy zapada zmrok licho wyrusza czynić swoją powinność ...

 

 

 

 

Tup, tup, tup deski trzeszczą, ciemno, choć oko wykol, licho się skrada ... łuuuuup walnęło, o - ki diabeł podwalinę na drodze umieścił, wielką jak góra …

nnno - przysiadło licho na podwalinie, nogami majta i myśli, co by tu zmajstrować ... ooo - wielka zardzewiała śruba, ooo - poluzujemy, jest! uśmiechnęło się licho do siebie i dalej dłubać pod belką i piaseczek wydłubywać no, sporą dziurkę wydłubało - zadowolone z siebie a teraz wielkie ucho przykłada i słucha, słucha - są !!! pracują, miłe sercu liszemu spuszczelki podżerają, podżerają, podżerają - jest dobrze ...

 

 

 

 

No to licho szczęśliwe w drogę idzie, idzie, idzie czynić powinność i nagle sruuu - gwiazdy zobaczyło!!! Entliczek, pentliczek, co to ? czy to kleszcze? czy to miecze? czy może zastrzał? O, do licha - licho oprzytomniało - zastrzał! tego licho nie daruje, precz z zastrzałami! podgryziem do ostatniej zdrowej drzazgi ...

 

Tup, tup, tup, ruszyło licho dalej, powinność swą czynić ... co to ? srebrny promyk spaceruje po krokwiach, bezczelny ten księżyc, krokwie to własność licha, tylko licho może je kąsać i podgryzać i po nich spacerować, precz z krokwiami! ... przyłożyło licho ucho i słucha - są!!! drążą korytarze i jedzą, jedzą ... niech tam księżyc spaceruje, tyle jego, już niedługo po krokwiach będzie – hi, hi, na mur! Zadowolone z siebie licho jęzor księżycowi wywaliło i zaczęło się gramolić  do góry, na płatew - tam licho ma sporo roboty. Płatew nadgryzło do połowy a duża jest i opór stawia.

 

 

 

 

Lezie zadowolone, powinność swoją czynić, a tu plask, coś lepkiego, miękkiego, sznur dokoła liszej szyi owinęło i nuż dusić zaczyna. O żesz ty giń przepadnij niecny krzyżaku. Przyduszone licho z matni pajęczej cudem się wywinęło i po nici fruuu, zwiało do góry, na samą jętkę.

Jętka to miejsce magiczne, pod niebem samym. Rozsiadło się licho, znowu nogami majta i kombinuje – gwiazdy blisko tylko dachówki okrakiem na drodze do szczęścia liszego stoją.

Wzięło się licho i w sobie zebrało i ruszyło przed siebie mrucząc -  w łuskę? w koronkę?, łuskę? w koronkę?, łuskę? w koronkę?

O czartowska noga – w łuskę. Zachwycone licho okiem zielonym łypnęło , nogami się zaparło i  trrrach , pierwsza dachówka poszybowała , teraz krew poczuło i poszłoooo jak burza ... o-o co to ? gąsior? ja mu pokażę! drugiemu też! …

 

Świt blady zastał licho przy rynnie, śpiewało i pracowicie zatykało odpływ cudnej urody listkami, złotymi i czerwonymi.

 

Gdy już skończyło czynić swoją powinność, zachwycone licho wróciło pod starą murłatę i zasnęło snem kamiennym.

Jesienny deszcz smętnie kapał na jętkę, na płatew, na słupki, na miecze, na kleszcze, na zastrzał i na podwaliny.

 

 

 

 

Licho cicho śpi.

Ale gdy zapadnie nocka licho tup, tup, tup, znowu wyruszy czynić swoją powinność … 

i będzie tak wyruszało aż to, co pod niebem, ulegnie prawom grawitacji i znajdzie się w pokrzywach,

 

gdzie już inne licho dokończy liszego dzieła…

 

 

. .do przemyślenia polecam - Malina M*.

   

jeśli podobał Ci się ten wpis

to wejdź    i zapromuj

 


oceń
11
0

komentarze (29) | dodaj komentarz

TAM

sobota, 17 listopada 2012 13:23

 

podobno tam

nie da się dolecieć w pojedynkę

 

 

 

 

podobno, żeby tam dolecieć 

nie wystarczy wiara, co góry przenosi

nie wystarczy nawet nadzieja

 

podobno, żeby tam dolecieć 

potrzebne są oczy zgadujące

dłonie otwarte a w nich kromka chleba 

i myśl, co z piasku codziennych zdarzeń

oddzieli nienawiść, jak ziarenka maku

 

podobno tam

na nic polityczne przepustki

i ręce pełne zapłaconej dobroczynności

na nic modlitwa, szeptana na pokaz

 

podobno tam

liczy się tylko Miłość

 

 

. .z przyjemnością polecam - Malina M*.

   

jeśli podobał Ci się ten wpis

to wejdź    i zapromuj

 


oceń
4
0

komentarze (24) | dodaj komentarz

SZARLOTKA Z SZARYCH RENET

czwartek, 15 listopada 2012 10:57

 

Zobaczyłam wczoraj na wystawie szare renety,

O, motyla noga !!!

widok jak z poprzedniego stulecia! Od razu wpadłam do sklepu i kupiłam sobie ile tylko unieść mogłam.

 

Wieczorem upiekłam moją ulubioną szarlotkę.

 

Do tej szarlotki przede wszystkim potrzebne jest serce potem oko i ucho, ręce w ostatniej kolejności.

Dlaczego serce ?

Myślę, że kto nie ma serca do pieczenia i liczy tylko na głowę i przepis to się kapkę przeliczy … do wypieków trzeba z miłością z czułością i w ogóle …

Dlaczego oko ?

no bo sporo przy tym pieczeniu na oko trzeba

A dlaczego ucho ?

Bo najlepiej piecze się śpiewając lub nucąc, nic tak dobrze na wypieki nie robi jak melodyjka, wychodzą wtedy śpiewająco.

 

A jak piekłam.

 

Najpierw obrałam 2 kilo zdobycznych szarych renet i nucąc „jabłuszko pełne snu” pokroiłam drobno i rozgotowałam w garnku. Przy takim gotowaniu, a właściwie smażeniu, nie można zajmować niczym absorbującym a już polityką to w żadnym wypadku. Jabłka, gadziny, przywierają do dna jak tylko spuści się je na dłużej z oka.

 

Potem wyciągnęłam na stół naszą przedwojenną makutrę i powojenny mikser, pamiętający jeszcze czasy słusznie minione. Przygotowałam składniki i przystąpiłam do dzieła.

 

Włożyłam do makutry pół kostki miękkiej margaryny palmy, wsypałam szklankę cukru i śpiewając „wszyscy święci harują w niebie” zaczęłam miksować, potem dodałam kolejno 3 całe jajka. Potem na moment śpiew przerwałam i przesiałam sobie 45 deko mąki,  mąkę zmieszałam z czubatą łyżeczką proszku do pieczenia. Włączyłam robot i zaczęłam powoli wsypywać mąkę śpiewając przy tym „żółte kalendarze”. Nikt z sąsiadów nie zapukał w ścianę to znaczy śpiew mój przetrwali – ciasto było gotowe.

 

Wyciągnęłam tortownicę, włączyłam piekarnik, tak na około 200 stopni. Ciasto, bardzo delikatne i miękkie, podzieliłam na 3 części. Spód tortownicy wysmarowałam masłem, rozłożyłam cieniutką warstwą pierwszą część ciasta i szuuuuuuuu do pieca. Piecze się dość szybko, kiedy się zarumieni trzeba wyjąć i natychmiast gorący placek zdjąć z tortownicy, po kilku minutach to nie ma już czego zdejmować bo ciasto przywrze do spodu i dadzą się ściągnąć same kawałeczki.

Placki powinny się upiec na kolor mniej więcej taki jak na zdjęciu, ale jeśli się podpalą to za bardzo nie szkodzi, gorzej, gdy są zbyt blade.

 

 

 

 

Ja zawsze piekę na 2 tortownice, w czasie gdy pierwszy placek siedzi nakładam sobie drugi.

Upieczone placki są bardzo delikatne, lekkie a jednocześnie kruche i wyschnięte. Zmieniają się dopiero po przełożeniu jabłkami.

 

Placki przekłada się bardzo gorącymi jabłkami, inaczej placki nie zmiękną i będzie klapa. Ostatni placek układa się do góry nogami, tak by równy spód placka był wierzchem szarlotki.

 

A potem trzeba przyrządzić lukier

i tu najbardziej przydaje się oko.

Bierze się, do miseczki, tak więcej niż połowę z półkilogramowej torebki cukru pudru, wciska się do tego cytrynę i dodaje trochę kwaśniej śmietany. Lukier miesza się energicznie łyżką, trzeba sprawdzać konsystencję dobierając ilość śmietany metodą prób i błędów, gdy lukier wydaje się twardy to dodaje się śmietany ale jak przyjdzie moment że nagle zrzednie to trzeba podsypać cukru. 

 

Gęstym lukrem polewa się szarlotkę, dobrze jak jest jeszcze lekko ciepła. Zwykle przy polewaniu to śpiewam sobie przebój zespołu Pod Budą … przy słowach „kap, kap płyy-yną łzy” mój lukier często kap kap … ale nic to, na wierzch ucieram na drobnej tarce skórkę od cytryny. Jak wystygnie szarlotka lukier będzie błyszczący i pachnący.

  

A potem szarlotka na stół marsz !!!

 

 

 

 

mniammm - a teraz podam składniki:

 

2 kilo szarych renet

pół kostki margaryny palmy

szklanka cukru kryształu

3 całe jajka

45 deko mąki tortowej

czubata łyżeczka proszku (albo 2 płaskie)

około 30 dkg cukru pudru (przesiany przez sitko)

cytryna, dobrze wyszorowana i sparzona

trochę kwaśniej śmietany

 

Smacznego

 

 

. .z przyjemnością polecam - Malina M*.

   

jeśli podobał Ci się ten wpis

to wejdź    i zapromuj

 


oceń
4
0

komentarze (31) | dodaj komentarz

TAMTA MODA , TAMTA URODA

poniedziałek, 12 listopada 2012 11:15

 

bluzeczki w kropeczki, hit ostatniego lata

a ja z nostalgią wracam do starych zdjęć i co?

i kropki, groszki i dla dużych i dla małych

 

 

           

 

 

Okrutny czas wojny ale kobiety też dbały o siebie, nie poddawały się, wbrew wszystkiemu były eleganckie.

I do fotografów chodziły i do fryzjera, i perfum używały, i podobać się chciały chociaż bomby leciały na głowę …

Gdzie tam kobietom wrogów do kobiet naszych …

nasza krew z mlekiem i miód … no gdzie im tam !

 

 

 

 

Pieniędzy nie było ale szyło się z czego popadło, nawet ze spadochronu czy starych zasłon, moja Babcia pruła lotnicze pończochy i robiła na drutach żakiety, szyła siostrom nawet kapelusze.

 

 

 

 

Moda się zmienia, typ urody się zmienia ale jest coś takiego, co się ma, albo nie, coś, co sprawia, że sukienka, nawet licha, leży jak ulał a garnitur, z byle czego, prezentuje się świetnie.

 

Patrzę czasem na różne strasznie ważne osobistości i jakże często widzę, że sukienka od Prady i garnitur od Armaniego to kompletna pomyłka, niepotrzebny wydatek, najlepiej prezentuje się na nich metka. Szkoda, że ceny zaprezentować się nie da bo ta, według niektórych, to dopiero uroku dodaje.

 

A pamiętacie dziewczyny nasze czasy młodości?

Sweterki dziergane w najbardziej wymyślne wzory, sukienki szyte z ręczników, stare koronki wyciągane z babcinych kuferków, byłyśmy kolorowe i bardzo indywidualne, na ulicach szaro a wokół kwiaty... też wbrew wszystkiemu.

 

 

 

 

Taki sweterek w kropeczki wydziergałam kiedyś mojej Mamusi. Jak widać aniołek podarował Jej pod choinkę a ja musiałam uwiecznić ten moment, zdjęcie robiłam swoim ukochanym aparatem Zorka 4, to była maszyna, eeech.

 

Włóczkę na sweterek kolega kupił na Mexicoplatz i bohatersko przemycił przez granicę, razem z parą butów i pięcioma stanikami. Dziergałam ten sweterek pracowicie, na wykładach z urbanistyki. Oczywiście pod ławką ;o)). Wzór sama sobie wymyśliłam. 

Z łezką patrzę na ten sweterek.

Miałam jeszcze inny, sentymentalny, wydziergany nie powiem dla kogo. Też piękny był ... w jelenie na rykowisku … cóż, jelenie to temat ponadczasowy. 

 

Tak sobie, ni z tego ni z owego, wróciłam do przeszłości

Dlaczego? sama nie wiem …

czy musi być powód do wspomnień …

 

 

. .z przyjemnością polecam - Malina M*.

   

jeśli podobał Ci się ten wpis

to wejdź    i zapromuj

  


oceń
6
0

komentarze (54) | dodaj komentarz

CZEGÓŻ CHCIEĆ

sobota, 10 listopada 2012 18:17

 

I czegóż chcieć od tego Wani

toć jego winy nie ma w tym

wszystkiemu winna tamta pani

że poszedł za nią tak jak w dym.

 

usłyszałam dzisiaj balladę Bułata Okudżawy ...

 

                                   *

 

A czegóż chcieć ode mnie, że ja jak w dym za wąsami ???

wszak miłość do wąsów zapisaną mam w genach ...

Moi dwaj kresowi Pradziadkowie nosili wąsy, piękne, długie i sumiaste wąsiska.

  

 

   

 

To Pradziadek Jan,

najstarsze zdjęcie, jakie mam, zrobione około 1880 roku.

 

Wąsy pradziadka Jana są poważne i dostojne, bo też poważny i dostojny był ów Jan. Kto by pomyślał patrząc na zdjęcie, że będzie ojcem trzynaściorga dzieci.

Nie można powiedzieć, że ojcem szczęśliwym. 

Z trzynaściorga dzieci los oszczędził tylko dwóch synów i dwie córki. W owym czasie, gdy przychodziła epidemia szkarlatyny, rodzice chowali jedno dziecko, wracali z pogrzebu a następne było chore.  Prababcia Agnieszka wypłakała za dziećmi swoje piękne oczy.

 

 

  

 

A to pradziadek Franciszek.

Wąsy Franciszka są wesołe, tak jak jego oczy. 

 

Pradziadek Franciszek doczekał się ośmiu córek i dwóch synów. Panował w swojej rodzinie niczym patriarcha uwielbiany przez żonę i córki. Rano pracował na te swoje szczęścia a potem ;o) potem szedł do kasyna na preferansa.  Uważał córki za ósmy cud świata i bardzo się musieli kawaleriowie postarać , by te cuda zdobyć.

 

Obaj byli szarmanccy, z szacunkiem do kobiet, tacy prawdziwi mężczyźni na dobre i złe czasy, prawdziwa podpora dla kobiety. 

A wszystko, jako żywo, przez te wąsy ! 

Takie wąsy spotkać na swojej drodze to szczęście ...

 

 

Czy można się dziwić, że słabość do wąsów

mam zapisaną w genach ...

 

 

. .z przyjemnością polecam - Malina M*.

    

jeśli podobał Ci się ten wpis

to wejdź    i zapromuj

  


oceń
3
0

komentarze (25) | dodaj komentarz

KUBUŚ

środa, 07 listopada 2012 10:14

 

kiedy urodziła się Danusia mój Dziadziu nie zasadził drzewa ... Dziadziu kupił kanarka,

 

 

 

 

 

pięknego hercańskiego kanarka

o szaro zielonych piórkach i głosie jak operowa diva.

Kanarkowi dano na imię Kubuś.

 

Kubuś rósł zrazem z Danusią, śpiewający domownik.

Kiedy wybuchła wojna Kubuś zrobił się trochę nerwowy, nie mógł się przyzwyczaić do huku bomb i ciągłych nalotów.

Zwierzęta i ptaki jakoś dziwnie wyczuwają zagrożenia.

 

To był stały rytuał - nadlatywały bombowce, jeszcze nie było słychać huku samolotów a już Czaruś, jamnik sąsiadów, zbiegał do  piwnicy. To był znak, szybko znosili chorą babcię a potem wszyscy zbiegali do piwnicy.

Klatkę z Kubusiem ustawiało się w kuchni, pod stołem. Stół miał wielki marmurowy blat i to Kubusia miało chronić. Jakim cudem to nie wiem ale miało.

Bogu dziękować nic w dom nie walnęło więc Kubuś pod tym stołem przetrwał.

 

Kiedy skończyła się wojna przyszło im z bólem opuścić swój dom i swoją Ojczyznę, Do nowej jechali w bydlęcym wagonie. Pół wagonu na rodzinę. Zabrali materace, szafę, taboret, rodzinne pamiątki no i oczywiście zabrali Kubusia.

Jechał z nimi siedem tygodni zawieszony w klatce na ścianie wagonu. Marzeniem Kubusia było wtedy pofrunąć , wolny jak dawniej ...

I fruwał Kubuś ale razem z klatką, co raz to wagon chybotał a Kubuś fruuuuu na ziemię.

I tułał się z Nimi od miasta do miasta, wyjechali ostatnim transportem więc miasta były pozamykane.

Na chwilę zamieszkał w Gliwicach a potem w Brzegu.

 

Kubusia kochali wszyscy a on im tę miłość oddawał śpiewem, Dziadziu dumny był z tego śpiewu zawsze mówiłe, że te inne żółte i grube kanarki to tylko "ciawkają" a Kubuś to prawdziwy artysta.

Babcia trochę cierpiała bo artysta artystycznie zaświniał pokój ziarenkami i piaskiem  ale też rękę by za śpiewaka oddała.

Kubuś tylko trochę siedział w klatce, przeważnie fruwał sobie na wolności , czasem przymilnie siadał na ramieniu, kiedyś postanowił zobaczyć szeroki świat i wybrał się na wyprawę niestety, na granicy z wielkim światem wisiała firanka, Kubuś zawisł na niej i złamał nóżkę. Wszyscy płakali, Dziadziu , przy pomocy zapałek, unieruchomił nogę ale krzywo się zrosła .

Pewnego dnia Kubuś zasnął i już nigdy więcej, dla nikogo, nie zaśpiewał.

 

Kubuś to był ktoś bardzo kochany, domownik

a dodatkowo ogniwo, które łączyło Ich z tamtym, minionym światem.

 

 

. .z przyjemnością polecam - Malina M*.

    

jeśli podobał Ci się ten wpis

to wejdź    i zapromuj

 


oceń
5
0

komentarze (32) | dodaj komentarz

JARO-NERO

poniedziałek, 05 listopada 2012 12:31

 

o czym myśli ?

jest absolutnym władcą w swoim świecie, dzieli i rządzi

mianuje, desygnuje, orzeka o winie, obiecuje zemstę

on wie kto zbrodniarz,  on go rozliczy 

tak - " zemsta, zemsta, zemsta na wroga

z Bogiem i choćby mimo Boga "

 

 

 

 

Już karne oddziały, gotowe w każdej chwili na skinienie. Już liczą szabelki i nawet im wyszło, że do przejęcia władzy gotowi - dadzą radę.

Już dowódcy strategię obmyślają - lud wyprowadzą, budynki rządowe zajmą , wraże samochody spalą .

Ooooo - będzie pięknie oglądać te łuny ...

 

 

  

 

 

Niedawno monetę wypuścił na medialny rynek.

Piarowski złoty denar - lud wszystko może zań kupić: dobrobyt, wzrost ekonomiczny, zdrowie, nawet poęgę kupić może, jak zechce ...

 

tylko trzeba monetę nabyć

i co cesarskiego oddać cesarzowi

 

 

  

 

 

Kilka tygodni złoty denar chodził w obiegu.

 

Aż tu nagle puuuf - okazało się , że to nie złoto tylko tandetna pozłotka, zwyczajny złotol, farbka do malowania.

Złotol spłynął, jak to farbka i oczom ukazał się prawdziwy pieniądz - cynowy zły szeląg.

Za te pieniążki można iluzję dobrobytu kupić , można też kupić najprawdziwszą zemstę . Można umysły rozpalić. Grunt podatny, przygotowany, jedna zapałka ...

 

                                  *

o czym myśli władca z wizerunku ?

czy zdecyduje się podpalić ?

 

 

. .nie polecam tej monety - Malina M*.

    

jeśli podobał Ci się ten wpis

to wejdź    i zapromuj

 


oceń
6
0

komentarze (29) | dodaj komentarz

TOMEK

sobota, 03 listopada 2012 20:36

 

opozycjonista, poeta, myśliciel 

mój pierwszy blogowy przyjaciel

 

 

           

  

                 dzisiaj Tomek obchodzi urodziny

                 a więc Tomciu - plurimos annos

 

 

W prezencie zmajstrowałam Ci mały portrecik  ;o))

Tomku, nie bez przyczyny na tym portrecie fryzury użyczył Ci, no właśnie, kto zgadnie czyja taka fryzura?

dla ułatwienia zacytuję kilka myśl :

 

 

* Są ludzie, którym ordery przynoszą zaszczyt i ludzie,

   którzy przynoszą zaszczyt orderom.

* Ludzie domagają się wolności słowa jako rekompensaty

   za wolność myślenia, której rzadko używają.

* Ironia życia leży w tym, że żyje się je do przodu,

   a rozumie do tyłu.

* W każdym małżeństwie to nie droga jest trudna,

   lecz trudności są drogą.

* Modlitwa nie zmienia postanowień Boga,

   ale zmienia tego, kto się modli.

 

 

No nie będę taka i zdradzę -

Tomku, masz fryzurę Kierkegaarda ...

i nie powiem, bardzo Ci w niej do twarzy.

 

  

. . z przyjemnością polecam  blogi Tomka - Malina M*.

                         

                     http://petry.bloog.pl/                                                                            

                     http://przedspiew.bloog.pl/

 


oceń
1
0

komentarze (20) | dodaj komentarz

WSPOMNIENIE Z DZIECIŃSTWA

piątek, 02 listopada 2012 11:50

 

ma swój zapach i kolor i światło

wystarczy przymknąć oczy i wraca ...

 

Nie pamiętam oczu mojej Babci Walerii, nie pamiętam kiedy umarła, pierwsze co pamiętam to Babci grób i nasze świętowanie Wszystkich Świętych .

To był jeden z rytuałów mojego dzieciństwa.

 

Świętowanie zaczynało się już tydzień wcześniej.

Oboje z braciszkiem, uczepieni Dziadzia rękawów, maszerowaliśmy na rynek, tak się wtedy mówiło na targ.

Na rynku stały wozy z końmi (w środku miasta) i było mnóstwo najróżniejszych straganów, na ziemi stało morze kwiatów, całe dywany białych, złotych i fioletowych chryzantem. Wybieraliśmy starannie te najpiękniejsze, stały potem w piwnicy i czekały w chłodzie. Znicze były małe, napełnione chyba mieszaniną stearyny i wosku, płonąc dawały bardzo charakterystyczny zapach, do dziś ten zapach kojarzy mi się z dzieciństwem ...

 

 

  

    tu ja z braciszkiem i Rodzicami nad grobem Babci

 

Na cmentarz wyruszaliśmy rano, zaraz po Kościele. Dziadziu dawał nam drobne pieniążki bo po drodze na cmentarz spotykaliśmy żebrzących "dziadów". Dużo ich było, bo dużo było biedy. Poowijani w łachmany staruszkowie. Kładłam pieniążek na ręce i uśmiechałam się, często któryś z nich pogłaskał mnie po głowie ...

Na cmentarz Dziadziu zabierał dla nas wafel, to też wspomnienie dzieciństwa. Masę do wafla robiło się z gotowanego przez cały dzień mleka, potem ucierało się to z żółtkami margaryną, dodatkiem kakao i olejku arakowego. Oczywiście my z braciszkiem natychmiast po dotarciu na cmentarz stawaliśmy się głodni jak wilki.

 

Procesja zawsze była o 16-ej, niestety - do tego czasu mieliśmy nakazane zachowywać się jak ludzie i nie wyświnić się. No, bardzo cierpieliśmy z tego powodu oboje. Procesję prowadził zawsze mój Wujek, który był księdzem, oczywiście "dziwnym trafem" procesja miała przystanek nad grobem mojej Babci i pół miasta oglądało nas jak jakieś eksponaty. Za to po procesji wyświnianie się było dozwolone i oboje z braciszkiem ruszaliśmy w bój, pamiętam, że zawsze szukaliśmy kolorowych zniczy a potem maczaliśmy w rozgrzanym wosku palce i robiliśmy sobie kolorowe naparstki ... wszystkie liście i wszystkie kałuże po drodze były nasze.

 

Kiedy zapadał zmrok Dziadziu zabierał nas na Grób Nieznanego Żołnierza, świeciliśmy tam świeczki a Dziadziu opowiadał historie z czasów wojny, opowiadał je jeszcze długo potem, przez długie wieczory.

 

Takie było to Święto w czasach mojego dzieciństwa ...

Teraz nie ma Dziadzia, nie ma Tatusia, procesję prowadzi obcy ksiądz…

no i oczywiście nie wpada mi do głowy dziki pomysł, żeby się wyświnić ...

 

 

. .z refleksją polecam - Malina M*.

    

jeśli podobał Ci się ten wpis

to wejdź    i zapromuj

 


oceń
4
0

komentarze (25) | dodaj komentarz

sobota, 22 lipca 2017

O moim bloogu

w malinach, jak to w malinach - pachnąco i kłująco

Statystyki

Odwiedziny: 312439
Wpisy
  • komentarze: 7195
Bloog istnieje od: 2009 dni
Najlepsze Blogi

MOJE BLOGI

* ZAPRASZAM

powiadomienie o nowym wpisie

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Film

Pytamy.pl