Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 259 895 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

ALLELUJA !!!

sobota, 30 marca 2013 18:25

Wszystkim Blogowiczom

ŻYCZĘ RADOSNYCH ŚWIĄT


a poza tym - szalonych kurczaków,

brykających baranków, kolorowych pisanek

i wspaniałych bab ....

 

 

 

   

 

 

          Niech te Święta Zmartwychwstania Pańskiego

          będą dla Was okazją do głębokiego przeżycia

                 Tajemnicy Poranka Wielkanocnego

 

             Niech napełnią serce pokojem i radością

                      Hania i Mamusia Danusia

 

                                     *

 

Pisanki wydrapywałam osobiście.

Na kartkę wybrałam te najbardziej optymistyczne.

Tak wyglądają w naturze czyli na moim stole.

 

 

 

 

Skoro za oknem zawieja niech przynajmniej tu będzie zielono i słonecznie. 

 

 

. .z przyjemnością polecam - Malina M*.

   


oceń
34
1

komentarze (21) | dodaj komentarz

MÓJ WUJEK KSIĄDZ

czwartek, 28 marca 2013 10:22

 

a właściwie to stryjek, brat mojego Tatusia. 

Wychowałam się w cieniu Kościoła, w którym zawsze

był On. Trzydzieści lat w moim mieście.

 

Od dzieciństwa słyszałam: Haniu zachowuj się tak, żeby wujek mógł wyjść na ambonę! no to się „zachowywałam”.

Był surowy i niedostępny

ale w przepastnych kieszeniach sutanny zawsze miał dla nas czekoladkę, to była „malaga” pamiętam do dziś, chociaż minęło już ponad czterdzieści lat.

 

Właściwie dzięki Niemu zawsze miałam dobrze, byłam mile widziana w domach moich kolegów – bo czyż bratanica takiego księdza może kogokolwiek zdeprawować ? no nie może! chłopcy byli bezpieczni

a ja całkiem zadowolona.

 

 

      

 

 

Dzisiaj Wielki Czwartek, pamiątka ustanowienia Najświętszego Sakramentu, święto Kapłaństwa. 

W moim domu bardzo przeżywane święto. Kiedyś bywaliśmy w tym dniu z kwiatami u Wujka. Teraz, gdy odszedł pozostały wspomnienia.

 

Na Jego grobie często palą się znicze.

Przychodzą ludzie, którym w życiu pomógł, mamy przyprowadzają maleńkie dzieci i wkładają w ich rączki zapalone światełka. Czasem jakaś babcia położy na grobie sztuczny kwiatek - ładny, bo od serca.

Zawsze robi mi się ciepło jak słyszę „to był prawdziwy ksiądz”.

 

Urodził się w Sieniawie, nad Sanem, w Jarosławiu skończył gimnazjum klasyczne i Szkołę Podchorążych. W pobliskim klasztorze, w Leżajsku, odczytał swoje powołanie i stamtąd wyruszył - najpierw do Lwowa a potem na Wołyń, do Łucka.

 

W Łucku został wyświęcony w 1939 roku.

 

Trudne to były czasy. Zawierucha wojenna, krwawe łuny, Niemcy, Ukraińcy, banderowcy, bolszewicy …

Szybko został proboszczem. Najpierw była maleńka parafia w Perespie, potem w Sienkiewiczówce a potem już katedra w Łucku.

 

Tragiczne dzieje spływającego krwią Wołynia,

okrutne mordy i obrazy, których Wujek nie mógł zapomnieć do końca życia.

Wiele razy słyszałam o przyjacielu popie, którego Ukraińcy spalili żywcem, za przyjaźń z katolickim, polskim księdzem. Ze wzruszeniem czytałam słowa, które przyjaciel wypisał Wujkowi w modlitewniku, ostatnie słowa przed tak straszną śmiercią.

Słyszałam o pomordowanych dziewczętach, porozrzucanych po ogrodzie plebanii, były gołe, wszystkie miały poobcinane bagnetem piersi.

Rzeczy, których nie da się zapomnieć.  

 

Z Katedry Łuckiej droga wiodła do Katedry Wrocławskiej.

A po drodze był przestrzelony w bitwie kapelusz i transport w bydlęcych wagonach no i pieczołowicie ukrywany, przemycony do Polski, największy skarb - cudowny obraz Matki Boskiej Latyczowskiej, Pani Wołynia i Podola.

Po drodze z Łucka do mojego miasta był Brzeg, był Wrocław, święta Dorota i Katedra. Nasz kościół to ostatni etap najdłuższy, bo trzydziestoletni.

 

 

    

 

 

Tak wyglądał nasz kościół za czasów mojego Wujka.

To ulubione zdjęcie z Jego albumu.  

 

Ten kościół to, według znawców, jedno z najpiękniejszych połączeń gotyku z barokiem. Teraz jest to katedra, za czasów Wujka po prostu fara.

 

 

    

 

 

A tu my, u Wujka w ogrodzie.

Uwielbiałam bawić się w tym miejscu, było tam tyle niezwykłości, tajemnicza fontanna, kamienna ławka, dziwne kamienne posągi, skarpa , na której rosły fiołki, całe morze fiołków. Lubiłam robić "ogródki" Zbierałam kamyki, kwiatki , szkiełka i zakopywałam pod ziemię. Takie wtedy były zabawy dzieci.

 

Powstała o Wujku książka.

Radni mojego miasta poświęcili Mu ulicę, teraz podobno jedna ze szkół będzie nosiła Jego imię.

Dla mnie pozostanie na zawsze Wujkiem, który kiedyś, z wakacji, wiózł mój zakochany, pachnący list, żeby wręczyć go, na niedzielnej Mszy, pewnemu zakochanemu chłopakowi.

 

Jak czytam wypowiedzi w czambuł potępiające Kościół i księży to zawsze mój Wujek staje mi przed oczami.

Czasem mam ochotę protestować ale cóż - nastawienie jest ważniejsze od faktów, szkoda przekonywać kogoś, kto nie chce być przekonanym, lepiej chyba podzielić się wspomnieniem z życzliwymi Przyjaciółmi.

 

 

     

 

 

Ta Madonna to jedyna pamiątka,

która mi po Wujku pozostała. Został pochowany z honorami ale w starej, znoszonej sutannie.

Tę przepiękną starą ikonę przywiózł z dalekiego Łucka

„z krańców ziemi, z dziejów zamieci” Dostał w prezencie od tamtych parafian. Na pożegnanie.

 

Zostały jeszcze listy …

 

Zamieszczę fragment ważny dla mnie, osóbki łasej na pochwały i nagrody …

   

„Był taki czas w roku 1943, w ogniu walk  na Wołyniu o Kościół i Naród Polski, że kilkakrotnie wychodząc cudownie spod gradu kul i noży ukraińskich, przysiągłem sobie, że jeśli z tych opresji wyjdę – chcę cicho pracować jako szary żołnierz Chrystusowy, bez żadnych „orderów i nagród”. Zdawałem sobie sprawę, że żyję i tak już ponad program. Jestem nad wyraz wdzięczny Waszej Ekscelencji za dobre mniemanie o mnie i życzliwość wobec mnie. I to mi wystarcza za wszystko. Jest to dla mnie najwyższą ziemską pochwałą i nagrodą i nie szukam w życiu żadnych innych honorów i zaszczytów gorąco błagam pominąć moją osobę na drodze jakichkolwiek wyróżnień czy też odznaczeń na zawsze: tak, z całą świadomością piszę: na zawsze. U trumny swego ojca i matki odnowiłem swoje przyrzeczenia”.

 

nie wiem, czy bym tak potrafiła …

 

 

. .z przyjemnością polecam - Malina M*.

   

jeśli podobał Ci się ten wpis

to wejdź    i zapromuj


oceń
33
0

komentarze (25) | dodaj komentarz

SIEDEM BAB

wtorek, 26 marca 2013 19:24

 

a właściwie to siedem babek

małych, dużych i średnich - wielkanocnych

słodkich, pachnących, drożdżowych,

z rodzynkami wielkimi jak śliwki

 

 

  

 

 

Świąteczna tradycja.

Wspomnienie mojego cudownego dzieciństwa.

 

Babki piekł mój Dziadziu.

Dzielnie pomagała mu Mamusia Danusia.

Tatuś, zagorzały przeciwnik pieczenia, snuł się po domu i marudził a na koniec, jak zwykle, grzązł w swoich uczonych książkach i dawał reszcie domowników spokój.

 

Dla nas, dzieci, pieczenie to był prawdziwy raj.

Już dwa dni wcześniej byliśmy grzeczni, niczym aniołowie niebiescy, żeby tylko nam pozwolili nam pomagać.

 

W kuchni stała poniemiecka kuchnia kaflowa, paliło się węglem i drzewem. Babki piekło się w dobrze nagrzanej rurze, tak wtedy nazywaliśmy piekarnik.

 

 

 

 

Najpierw rozpalało się pod kuchnią, żeby było ciepło. Potem trzeba było z drożdży, ciepłego mleka, cukru i odrobiny soli zrobić rozczyn. Ustawiało się go na ciepłym przypiecku i czekało aż wyrośnie. Mieliśmy wtedy cichutko siedzieć w kuchni i nie przeszkadzać. Wybałuszaliśmy więc oczęta, żeby rozczyn zaczarować i żeby szybciej wykipiał. Jak zaczynały pachnieć drożdże czuło się, że to już święta.

 

Czasem mogliśmy ucierać żółtka z cukrem. Braciszek trzymał z całej siły makutrę a ja tarłam, aż pot zalewał mi oczy. Potem, w nagrodę, braciszek wylizywał makutrę a ja gałkę. Była to oczywista czarna niesprawiedliwość bo na gałce dużo mniej było kogla-mogla. Ale cóż - zgodnie z panującym przesądem ten kto wylizuje gałkę będzie miał łysego męża. Siłą rzeczy łysy mąż nie mógł przecież przypadać na mojego braciszka.

 

Dziadziu brał duży szaflik, ten w którym zwykle myło się naczynia, wsypywał przesianą mąkę, potem wlewał rozczyn, utarte żółtka, rozpuszczone masło i smalec a na koniec ubite białka, dodawał też ulubiony przez nas specjał – namoczone wcześniej rodzynki.

 

Potem następował rytuał miszenia ciasta.

Nie żadnym tam takim robotem - silną męską dłonią! Ciasto misiło się bitą godzinę, nie było zmiłuj, ciasto musialo idealnie odstawać od ręki ! A w kuchni upał jak na Saharze w samo południe. Potem ciasto odstawiało się na bok, przykrywało białą ściereczką i ciasto rosło. Rosło tak ponad godzinę.

 

Potem Mamusia brała garnki, smarowała je masłem i do połowy napełniała ciastem, przykrywała ściereczkami i ciasto w garnkach znowu sobie rosło, rosło, rosło aż urosło pod wierzch, wtedy smarowała wierzch białkiem i wsadzała babki do rury.

 

Nooo – rośnięcie ciasta to było dla nas cierpienie, w żadnym wypadku nie można było wtedy biegać po domu, otwierać drzwi do kuchni, trzaskać innymi drzwiami, nie wolno było nawet krzyknąć, żeby babki nie siadły.

 

Bo gdyby tak babki siadły - to po Wielkanocy !!!

 

W czasie pieczenia ciasto oczywiście wyłaziło poza garnek i tworzył się piękny grzybek. U nas zawsze babki wielkanocne piekło się w garnkach. Zawsze miały kształt grzybków. Po upieczeniu babki stały jeszcze, czas jakiś, spokojnie, na przypiecku i dochodziły. Potem Mamusia wynosiła je do sypialni i wykładała do góry dnem na poduszkę, to znaczy na pergamin wyłożony na poduszce.

Te babki były bardzo długo świeże. A prawdę powiedziawszy to nigdy nie zdążyły powysychać bo zajadaliśmy się nimi bez opamiętania.

 

 

 

 

Niedawno, w jakimś markecie, natrafiłam na babkę sprowadzaną z Włoch. Miała właśnie taki kształt i w środku rodzynki, nawet trochę pachniała – ale to zupełnie nie to! Oj - nie to!

 

Babki piekło się przez dwa dni.

Jednego dnia dużą i dwie średnie. Drugiego dnia dwie średnie i dwie malutkie, do koszyczków. Oczywiście w naszym domu musiały być dwa koszyczki i dwa baranki bo biliśmy się z bratem kto poniesie. Potem, jak trochę podrośliśmy, to był już jeden koszyk a my biliśmy się kto ma ten koszyk ponieść bo obciach przed „dorosłymi” kolegami.

 

 

 

 

Zawsze uwielbiałam podglądać jak się piecze, zaczytywałam się też w starej książce kucharskiej mojej Babci. Wkleiłam tu kilka zdjęć starych, pożółkłych i potłuszczonych kartek z tej książki.

 

 

 

 

Lubiłam te tajemnicze nazwy: kierzonki, garnce, kwarty, łuty, ćwierci, funty, mięszanie …

Do dzisiaj w moim domu ciasto się „misi”, żółtka uciera „gałką” w makutrze. Tylko przypiecka i rury nie ma, jest współczesny elektryczny piekarnik.

 

A babki cóż – staroświeckie! W rurze czuły się lepiej, na przypiecku szybciej „dochodziły do pełnoletniości”.

 

Przejęliśmy z Braciszkiem tradycję pieczenia wielkanocnych drożdżowych bab. Po cichu przyznam, że teraz piecze je mój brat a my dostajemy w prezencie. I nie ma się co dziwić. Jednak co męska dłoń, to męska dłoń! Godzina miszenia ciasta to praca w sam raz  dla silnego mężczyzny. Mogłabym robotem ale wtedy ciasto jest zupełnie inne, ma inna strukturę i tak nie rośnie. Widocznie ciepło dłoni tak wpływa a przy tym w czasie miszenia dłonią wprowadza się sporo powietrza do środka.

 

No i bezduszny robot nie ma serca a od początku świata wiadomo, że babki lubią serce!

 

 

 

 

Jestem klasyczną kurą domową, przeciwieństwem wojujących feministek. Kocham gotowanie i pieczenie ale uważam, że panowie w mojej rodzinie i panowie ogółem, mają do tego wyjątkowy dryg.

 

Nie ma jak chłopaki w kuchni !!!

Baby wychodzą im, że palce lizać

Cud, miód i czekolada !

 

 

. .z przyjemnością polecam - Malina M*.

   

jeśli podobał Ci się ten wpis

to wejdź    i zapromuj


oceń
34
0

komentarze (21) | dodaj komentarz

TAM GDZIE MIESZKA BÓG

piątek, 22 marca 2013 9:35

 

Tabernakulum, z łaciny tabernaculum - namiot

Najważniejsze i najbardziej strzeżone miejsce w kościele.

Mała szafka ze złoconym wnętrzem.

 

Widziałam dziesiątki różnych ale TO jest szczególne.

Przepiękne, rokokowe, rzeźbione i złocone. 

Ale nie w tym tkwi jego niezwykłość.

 

 

    

 

 

Tak wygląda gdy jest zamknięte.

 

Wzrok przykuwa misternie rzeźbiony Krucyfiks dzieło mistrza dłuta Jakuba Ignacego Klahra Młodszego.

Krzyż ustawiony w ozdobnej wnęce.

 

Dlaczego nie jest to zwykłe tabernakulum?

 

Normalnie tabernakulum to głęboka szafka, której drzwiczki otwierają się na zewnątrz. 

Przypatrzcie się – to nie ma drzwiczek, nie ma dziurki na klucz, nie ma ukrytych zawiasów.

Ale jak dobrze popatrzeć to na środku podstawy można dostrzec misternie zdobione okucie i złoty kluczyk.

 

 

    

 

 

Przekręcamy kluczyk,

całość się obraca i ukazuje złocone wnętrze.

Zupełnie jak w filmie.

 

To tabernakulum ma wewnątrz mechanizm obrotowy.

 

Trzy komory, wykonane są w formie identycznych, konchowo sklepionych, złoconych wnęk. Komory ustawione są na kole.

Cały układ obraca się wokół wspólnej osi.

 

W pierwszej komorze ustawiony jest Krucyfiks, to strona zewnętrzna tabernakulum (patrz - pierwsze zdjęcie).

Druga i trzecia komora to wnętrze.

Miałam to szczęście i mogłam wnętrze, jednej z tych komór, sfotografować. Oczywiście tej pustej, tej drugiej bym się nie ośmieliła.

 

 

    

 

 

Nad Tabernakulum, dopełniająca kompozycję, 

misternie zdobiona, polichromowana, rokowa nadstawa,

zwieńczona również w formie konchy.

Całość piękna i niezwykła.

Konserwatorskie rokokowe cacuszko.

 

Dla wierzących to miejsce święte.

Dusza i serce kościoła.

Tam mieszka Bóg

pod postacią Chleba …

 

 

. .z przyjemnością polecam - Malina M*.

   

jeśli podobał Ci się ten wpis

to wejdź    i zapromuj

 


oceń
45
0

komentarze (50) | dodaj komentarz

ZAGADKA

środa, 20 marca 2013 7:44

 

to jest hełm wieży krzeszowskiej

Bazyliki Łaski Najświętszej Marii Panny.

Hełm barokowy, miedziany, zwieńczony złoconą gloriettą.

Jeden z piękniejszych hełmów jakie widziałam.

 

 

  

 

 

Na drugim zdjęciu wieża poniżej hełmu,

przepiękne rzeźby i płaskorzeźby z piaskowca.

 

 

 

 

a zagadka ?

 

zagadka brzmi następująco :

co to takiego, co leci w prawym górnym rogu fotografii?

no co to takiego ???

 

Kto odgadnie temu od razu zrobi się cieplej na duszy

i przestanie wątpić, że wiosna nadejdzie.

 

Jak takie coś lata to nieuchronnie

wiosna nadejść musi !

 

 

. .z przyjemnością polecam - Malina M*.

   

jeśli podobał Ci się ten wpis

to wejdź    i zapromuj

 


oceń
35
0

komentarze (24) | dodaj komentarz

DIALOGI NA CZTERY NOGI

poniedziałek, 18 marca 2013 9:49

 

z czerwonym grzebieniem w tle                

 

Wiosna idzie Panie Czupurku !

a jakże, idzie, złociutka moja !!!

 

 

 

 

Czas piórka nastroszyć,

czas na podbój wyruszyć Panie Czupurku !

oj tam, oj tam, Pani Złotopiórko ...

 

 

  

 

Czas z kurnika wyjrzeć,

czas świat olśnić Pani Złotopiórko !

oj tam, oj tam, Panie Czupurku !...

 

 

 

 

Pora się zakochać Panie Czupurku !

oj tam, oj tam, Pani Złotopiórko ...

 

 

 

 

Pora na Amora Panie Czupurku !

oj tam, oj tam, Pani Złotopiórko ...

 

 

 

 

Coś pan taki zakręcony Panie Czupurku ?

wiosna - Pani Złotopiórko !

 

 

 

 

Panie Czupurku – och! Panie Czupurku !!!

co tam Pani Złotopiórko ?

 

ale z pana kogut !!! Panie Czupurku !

oj tam, oj tam, kukurykuuu !

 

 

  

 

 

Panie Czupurku – aaach! cudny pan jesteś !

jestem Pani Złotopiórko, jestem !

 

 

  

 

 

Czas gniazdo wić Panie Czupurku !

oj tam, oj tam, Pani Złotopiórko ...

 

 

 

 

Jedna kurka drugiej kurce

uwiła gniazdko na górce

a koguty żyją, o kurki się biją

z góry spoglądają, wszystko w kuprze mają

oj mają !!! ta joj !

 

 

 

 

Co z pana za kogut, panie C !!!

pan tu, panie C, kurki bałamucisz - a ja widzę !

a ja się za pana wstydzę !!!

bo z tego bałamucenia

pożytku ani cienia !

ot co – ani cienia !

 

                                  * 

 

Podsłuchane i podpatrzone w czasie wyprawy

po prawdziwe jaja od szczęśliwych kur

 

 

Święta idą Panie Czupurku !

Nieuchronnie się zbliżają złociutka ...

Nieuchronnie się zbliżają !

 

 

. .z przyjemnością polecam - Malina M*.

   

jeśli podobał Ci się ten wpis

to wejdź    i zapromuj


oceń
31
1

komentarze (24) | dodaj komentarz

ŁABĘDZI ŚPIEW

sobota, 16 marca 2013 21:15

 

ostatnie westchnienie zimy

pożegnalny list 

 

 

 

 

co ma odejść, pójdzie sobie

nawet jeśli marudzi i wraca

 

 

 

 

co ma wisieć nie utonie

nieuchronnie się roztopi

 

słoneczko zaświeci

z ziemi powyłazi wszystko, co może

koty będą się wydzierały pod oknem

a ptaki zaczną śpiewać

trzeba tylko przeczekać

dzisiejszą zamieć

 

 

. .w oczekiwaniu na wiosnę - Malina M*.

   


oceń
21
0

komentarze (15) | dodaj komentarz

BUONA SERA

czwartek, 14 marca 2013 10:12

 

dobry wieczór

Tak po prostu, zwyczajnie.

Nie jak ciastko – jak chleb.

 

 

  

 

 

Codziennie dokonujemy wyborów.

Tych dobrych, nad którymi biały dym się unosi

i tych złych, po których szary dym snuje się za nami

aż do końca dni.

 

Kiedy złapałam obiektyw, by złapać ten obraz, pomyślałam – dobry znak! dobrze wybiorę. Udało się ! Zdjęcie schowałam, przez myśl mi nie przeszło, że tak szybko nabierze całkiem innego, szerszego znaczenia, że z nadzieją będę wypatrywała innego białego dymu.

 

Buna sera - dobry wieczór.

Dobry wybór !

 

Czego życzę nowemu Papieżowi?

Niech dla wielu znaczy buon giorno – witamy.

Mam nadzieję że ten Papież szeroko otworzy ramiona.

Przyjął przecież imię Franciszek,

ten, który był bardzo blisko Boga

i bardzo blisko ludzi.

 

 

. .z przyjemnością polecam - Malina M*.

   

jeśli podobał Ci się ten wpis

to wejdź    i zapromuj


oceń
55
0

komentarze (31) | dodaj komentarz

KRZYŻE

poniedziałek, 11 marca 2013 9:54

 

duże, małe, z hebanu, kości słoniowej i złota,

ze stali, z kamienia, z betonu … Krzyże wyrzeźbione z drewna i ulepione z obozowego chleba.

 

Krzyże misternie utkane z łez i cierpienia.

 

 

 

 

Te wielkie, na szczytach świata i te całkiem maleńkie, na sercu człowieka, są znakiem miłości i wyznaniem wiary. 

Miłość zawiesza je na ścianie, tolerancja i szacunek dla „innego” pozwalają przechodzić spokojnie obok.

 

Ale przychodzi też coś, co je ze ściany zdejmuje. Co ?

Może nienawiść ? może strach przed tym innym, obcym ? a może tylko próżność i zwykła chęć pokazania się i postawienia na swoim.

 

 

 

 

Mówią – niech sobie mieszka Krzyż w domu Boga,

tam jest Jego miejsce. Tylko tam.

 

Ale domem Boga jest serce człowieka.

Ale domem Boga jest cały świat człowieka.

 

Moje pokolenie pamięta czasy, gdy za Krzyż i wyznanie wiary płaciło się ogromną cenę. To moje pokolenie wywalczyło wolność wyznania i zawiesiło Krzyże na miejsca, z których usunęła je ręka ludzi, wmawiających nam wtedy, że religia to opium dla ludu.

 

Byłam małą dziewczynką, kiedy nauczycielka brutalnie zdarła mi z szyi medalik, rzuciła na ziemię i podeptała, kpiąc z mojej dziecięcej wiary.

Poszłam do domu z płaczem.

Moja Mamusia z miłością podmuchała na czerwoną pręgę a potem zawiesiła mi na szyi krzyżyk, żebym nosiła go na sercu i w sercu, żebym go nikomu nie pozwoliła odebrać

i żebym sama nigdy się go nie wyrzekła.

 

Jestem już dużą dziewczynką i mam nadzieję do końca żyć według słów mojej Mamusi.

 

 

 

 

Krzyż służy człowiekowi, jest drogą i bramą do zbawienia. Ale pod żadnym pozorem nie może Krzyż służyć spektakularnym interesom człowieka, nie może stać się przedmiotem, narzędziem do zdobywania czegokolwiek, ani władzy, ani nawet uznania. Nie może być przedmiotem w niczyich rękach.

 

Krzyżem możemy walczyć z szatanem, nigdy jednak z niewygodnym przeciwnikiem. Nie mamy prawa Krzyżem, w imię Boga, przywalać w łeb człowiekowi.

 

To tylko kilka moich refleksji nad tym, co ostatnio przetacza się, jak lawina, na wszystkich forach. Z jednej strony obelgi i drwiny z Krzyża, z drugiej słowne przywalanie Krzyżem jak batem.

Kto głośniej, kto celniej w przeciwnika.

 

I dlaczego ???

Czy nie można inaczej ???

 

A wystarczy pomyśleć – wszystko co mówię, mówię o sobie, szczególnie gdy mówię o innych …

 

 

. .z przyjemnością polecam - Malina M*.

   

jeśli podobał Ci się ten wpis

to wejdź    i zapromuj


oceń
65
0

komentarze (36) | dodaj komentarz

DZISIAJ

niedziela, 10 marca 2013 19:53

 

sympatycznym Dużym Chłopcom

i sympatycznym Małym Rycerzom 

wszystkim Miłym Panom, odwiedzającym mój blog

 

 

 

 

z okazji Ich Dnia,

czyli Święta Czterdziestu Męczenników

składam serdeczne życzenia

 

a żeby życzenia oko cieszyły

dokładam gwiazdki z nieba

najprawdziwsze !

śniegowe !

 

 

.  .uśmiechnijcie się Panowie - Malina M*  .

 


oceń
17
0

komentarze (12) | dodaj komentarz

MÓJ CI ON JEST

środa, 06 marca 2013 12:08

 

doigrałam się a właściwie to się doczekałam

kilkanaście lat pracy przy projektach Krzeszowa i …

  

  

     

 

 

hmm - „mój” Zespół Opactwa Pocysterskiego w Krzeszowie został przez Stowarzyszenie Konserwatorów Zabytków uhonorowany Dolnośląskim Laurem Konserwatorskim 2012

 

„jako przykład kompleksowej, wieloletniej i konsekwentnej rewaloryzacji barokowego założenia sanktuarium wraz z obiektami towarzyszącymi, przywracającej dawną świetność cennemu zespołowi wpisanemu na listę Pomników Historii RP”.

 

Tak napisano w uzasadnieniu.

No miód na moje projektanckie serducho.

 

Nagrodę otrzymuje inwestor projektant i wykonawca.

Uroczystość wręczenia odbyła się w końcu grudnia dlaczego więc teraz mnie natchnęło, żeby się bezczelnie pochwalić?

 

No cóż

 

Czy ktoś słyszał może o takim konkursie? – NIE !

Czy nasze media słówkiem się zająknęły o tym? – NIE !

 

To już trzynasta edycja konkursu. Ale temat ratowania zabytków nie jest zbyt medialny. Oooo – jeśli zabytek się zawali, albo spłonie doszczętnie albo taki na przykład wraży inwestor go nabędzie to zupełnie co innego! to medialny wrzask na cały świat.

Ale kiedy zabytek odzyska dawną świetność to łeeeee – kogo by to interesowało. I tak widzimy niestety zafałszowany obraz bo w zabytkach dzieje się naprawdę bardzo dużo dobrego.

 

 

 

 

To jest właśnie Zespół Opactwa Pocysterskiego w Krzeszowie. Na czerwono - "moje" , teren też. 

 

1 Bazylika Łaski Najświętszej Marii Panny

2  Kościół Świętego Józefa

3  Klasztor Sióstr Benedyktynek i Ojców Cystersów

4  Dom Opata – Centrum Dialogu

5  Stara Wozownia – Dom Pielgrzyma

 

Opisywałam już tu kilka obiektów Zespołu ale jak szaleć to, szaleć pokażę wszystkie moje - wespół w zespół w jednej notce, w kolejności w jakiej obiekty były rewaloryzowane.

 

 

Na pierwszy ogień poszedł Dom Opata

Miał pecha Dom Opata.

Wybudowany z miłością, szanowany i hołubiony, niczym sam Opat, był perełką w cysterskiej koronie.

Był Rok Pański 1734.

 

 

 

 

 

Ale historia, jak to z kapryśną historią bywa, zaśmiała się szyderczo, odwróciła twarz i skazała go na banicję.

I tak tłukł się biedaczek i przechodził z rąk do rąk,

a potem stał taki - pański bezpański.

 

 

 

 

 

Gdy po raz pierwszy weszłam do wnętrza to zobaczyłam, co zobaczyłam, obraz nędzy i rozpaczy.

Był Rok Pański 1998.

Dom potrzebował reanimacji. I udało się - odzyskał świetność.

 

 

  

 

 

Teraz jest Domem Gościnnym i Centrum Dialogu.

Duchy Opatów mogą zasnąć spokojnie.

 

  

Potem była Stara Wozownia

Kiedy pierwszy raz tu przyjechałam we wnętrzu stał wiekowy karawan, na głowę sypało się wapno i tynk, pod stopami zamiast podłogi była zwykła polepa, bałam się, że zaraz czymś oberwę a jak mysz wyskoczy to wrzasku narobię i będzie wstyd.

 

 

  

 

 

Teraz , gdy przyjeżdżam,  wpadam tu na kawę,

zimą lubię usiąść przy kominku.

Krzeszów to Sanktuarium, do którego ciągną tysiące pielgrzymów z całego świata. W tym malutkim budyneczku mogą teraz odpocząć, coś zjeść, umyć się porządnie, kupić książki i przewodniki po tym miejscu.

 

 

Następnie projekt zagospodarowania

historycznego terenu Opactwa

Zespół Pocysterski w Krzeszowie – to dawne Opactwo Cysterskie

 

 

  

 

 

Okolone murem klasztornym olbrzymie założenie z obiektami wspaniałej architektury, nie tylko najwyższej rangi artystycznej, lecz i wielkości, wytrzymującej największą skalę założeń urbanistycznych.

 

 

Klasztor Sióstr Benedyktynek i Ojców Cystersów

Historia klasztoru krzeszowskiego sięga zamierzchłych czasów średniowiecza.

 

 

 

 

W roku Pańskim 1242 księżna Anna, wdowa po Henryku Pobożnym, ufundowała w Krzeszowie klasztor i osadziła w nim Benedyktynów sprowadzonych z Czech.

Jej wnuk, książę świdnicki Bolko I, w 1289 roku, wykupił od benedyktynów dobra klasztorne i ufundował w tym miejscu Opactwo Cystersów.

 

 

 

 

Dzisiaj klasztor zamieszkują Siostry Benedyktynki. Skrzydło po Cystersach będzie domem gościnnym, udostępniony zostanie też fragment z muzeum i dawna Konfraternia a teraz sala wielofunkcyjna. Reszta klauzurowa dla świata nie będzie dostępna.

 

 

Na koniec Bazylika Łaski.

Głowa do góry, bo na górze cuda. Dwa serca na szczytach wież, symbole miłości Syna do Matki i do ludzi. A wyżej wyjątkowo piękne dwa miedziane hełmy.

        

 

  

 

 

Drewnianymi, starymi, kręconymi schodami można wejść na wieżę a po drodze zobaczyć dzwon z łacińską inskrypcją i imieniem słynnego opata Rosy, za którego czasów Krzeszów rozkwitał.

Wnętrze bazyliki olśniewa przepychem barokowych form, zachwycają obrazy Willmana.

 

 

 

 

Krzeszów to sanktuarium. Nad wszystkim króluje cudowny obraz Krzeszowskiej Madonny.

 

 

I jeszcze konserwatorski smaczek.

 

 

  

 

 

Od wielu w Opactwie Pocysterskim trwają prace, przywracające świetność obiektom, obiektom będącym naszym dziedzictwem kulturowym.

Klasztor, bazylika, kościół, wspaniałe założenie ogrodowe, wszystko to odzyskuje blask.

 

 

.  .z przyjemnością polecam ten blog - Malina M*  .

   

jeśli podobał Ci się ten wpis

to wejdź    i zapromuj


oceń
40
0

komentarze (24) | dodaj komentarz

SYBERIADA MOJA

sobota, 02 marca 2013 20:17

 

Nie widziałam filmu,

nie wiem jaki jest ale wiem jedno – jest bardzo potrzeby.

 

Wielu z nas ma swoją Syberiadę.

Pożółkłe listy stamtąd, strzępy telegramów, jakieś fotografie a w nich zapisana miłość Ojczyzny, wielka tęsknota, czasem strach, czasem ból a czasem zwykłe zmartwienie jak przeżyć, jak znaleźć cokolwiek do zjedzenia, jak się ogrzać, jak kontakt ze swoimi nawiązać.

 

Wyciągnęłam rodzinne pamiątki.

Smutne historie o bliskich, wyrwanych z Ojczyzny i z domu, wywożonych w bydlęcych wagonach, nieludzko traktowanych a czasem w bestialski sposób mordowanych 

Jedni wrócili stamtąd, inni - nie.

 

Moja Syberiada to historia pradziadka Franciszka, jego córki Wandzi, jego syna Stasia i jego wnuka Zbysia.

 

Rok 1940.

Złoczów akurat okupują Rosjanie.

Ciemna noc i nagle łomotanie do drzwi, w domu starsze małżeństwo z córka. Nie ma co się kryć, i tak drzwi rozwalą. Wpadają z hałasem, dwóch młodych ciubaryków. Nu dawaj – zabierają Franciszka i Wandzię, z łaski dają 10 minut na zabranie podręcznych rzeczy i popychają kolbami wrzeszcząc – swołocz !!!

Ludwikę zostawiają, chora babcia nie jest im do niczego potrzebna, oni chcą Franciszka, chcą Wandy, chcą polską inteligencką swołocz wytępić jak pluskwy. Za co ? za to, że w sądzie pracować się ośmieliła.

 

 

   

 

 

Takich starszych panów z wąsami nienawidzą do granic możliwości. Takich panów pod ścianę albo na białe niedźwiedzie.

 

 

    

 

 

Takie delikatne panienki to dla nich wróg, swołocz grożna dla tamtego syatemu, tak grożna, że trzeba się jej natychmiast i bezwarunkowo pozbyć.

 

Ze Lwowa wyrusza transport.

W Złoczowie doładowują, upychają na siłę przeładowane wagony. Ludzie ściśnięci jak śledzie, jakieś prycze, jakieś koce, na środku podłogi dziura w wiadomym celu. Jeśli po drodze ktoś umrze nie zatrzymują się, jedzie z żywymi aż do przystanku a przystanki rzadko.

 

Najpierw jest bezdenna rozpacz a potem starają się jakoś zebrać, jakoś przetrwać. Zaczynają odnajdywać się w tamtym okrutnym świecie. Świat przeciwieństw i kontrastów, jest kat - jest wybawca.

Tamci zwykli ludzie mają wielkie serca sami czasem od ust sobie odbiorą i podzielą się z przybyszami.

 

Trzeba żyć, trzeba przeżyć. Kobiety idą do lasu, w  czterdziesto stopniowym mrozie zbierają żywicę. W powietrzu oddech zamarza. Mężczyznom przypadają kopalnie, zwykle kopalnie ołowiu.

Miejscem nadziei jest wtedy pocztowyj jaszczik. Tam przychodzą wieści z dalekiej ojczyzny, od rodziny której nie ma się nadziei zobaczyć.

 

 

 

 

Wszyscy szukają swoich, na początku nie wiadomo kto ocalał, kogo gdzie zawieżli, komu udało się w Ojczyżnie pozostać.

 

A potem życie normalnieje, stała walka z głodem, chłodem, chorobami, donosicielami.

Pradziadzio Franciszek, kiedyś dumny i silny mężczyzna, przeżył na Syberii tylko pół roku i to właściwie przeżył tylko dzięki Wandzie, która chorym ojcem się zaopiekowała.

Pisał listy, długie piękne listy do całej rodziny, do Ludwisi, ukochanej żony, do swoich siedmiu córek, które w Ojczyżnie zostały i do synów.

 

 

 

 

 

                  Syberia Borowoje 20.9.1940

 

To fragment listu Franciszka do Walerii, mojej babci a jego córki. Są tu całusy dla ukochanej wnuczki Danusi. Danusia, moja mamusia, miała wtedy sześć lat i była ulubienicą całej rodziny. 

 

Wandzia sprzedawała wszystko, co mieli przy sobie i co jakimś cudem rodzina przesyłała. Kupowała za to kartofle i cebule, jeden raz kupiła nawet najprawdziwszą kurę i ugotowała Franciszkowi rosół.

O tym rosole cała rodzina czytała ze łzami. Ale siły starego człowieka opuszczały i nic na to poradzić nie mogła. W dzień swoich 74 urodzin Franciszek położył się do lóżka, postawił obok zdjęcie swoich córek, a potem – umarł.

 

Wanda została samiuteńka w dalekim i obcym kraju. Pisała listy do domu. Ten o śmierci Franciszka doszedł szybko, potem listy przychodziły coraz rzadziej. Przyszedł rok 1942, kiedy to, po umowie Sikorski – Majski, generał Anders utworzył w Związku Radzieckim Polskie Siły Zbrojne i przystąpił do ewakuacji zarówno wojska jak i cywilnych zesłańców z więzień i łagrów.

Ewakuowali się do Iranu. Nadeszła wyśniona wolność.

Podobno wracała szczęśliwa … nie wróciła. Pamiątki przywiozła rodzinie jej przyjaciółka, też Sybiraczka.

Wandzia chorowała na pęcherz i na każdym przystanku wychodziła z wagonu. Transportu pilnował wtedy młody Rosjanin, znudziło mu się widać i pociągnął za spust - seria była krótka a potem cisza … po chwili pociąg ruszył.

Została w śniegu, na torach, jakieś głodne zwierzę pewnie miało smaczną kolację.

 

Ojciec i córka - zostali tam, w krainie śniegów, na zawsze. 

 

                                       *

 

I druga syberyjska historia.

 

Rok 1940.

Stasiu, syn Franciszka, mieszka w Lublinie ale na wieść o chorującej ciężko mamie jedzie na Kresy do Złoczowa.

A w Złoczowie Rosjanie.

 

Dla ciubaryków polski oficer to szpion.

W przypadkowej łapance Stasiu dostaje się w łapy Bolszewików. Już oni wiedzą, co zrobić, aresztują pod zarzutem szpiegostwa i - w tiurmu!!

 

Aresztowanych polskich oficerów osadzali wtedy w więzieniu, na Zamku Sobieskiego a wcześniej przesłuchiwali w NKWD. Moja Mamusia dokładnie pamięta te czasy, mieszkała wtedy na ulicy Legionów, naprzeciwko gmachu NKWD. Nocą słyszała jak pod oknami Rosjanie prowadzili naszych na przesłuchania. Oficerowie śpiewali, wśród nich był jej wujek – Stasiu.

 

Straszne to były przesłuchania - oficera wkładano do żelaznej szafy, zamiast podłogi szafa miała stalowy ruszt, pod rusztem zapalano ogień i tak zmuszano do zeznań. No – nie tylko tak. Stasiowi połamali jeszcze żebra i powybijali zęby. Mamusia opowiadała, że rodziny mogły zabierać bieliznę więźniów do prania. Wszyscy płakali na koszulami Stasia, całe były we krwi.

 

 

 

 

Tiurma NKWD – gorod Zołoczew, kwiecień 1940 roku.

Część oficerów rozstrzelano, część wywieziono na Sybir.

Nasz Stasiu był wśród tych drugich.

 

 

   

 

 

To Stasiu na dalekiej Syberii.

Tak wyglądał skazaniec - polski oficer.

 

Od chwili zesłania kontakt ze Stasiem się urwał. Rodzina nie wiedziała co się z nim dzieje, nie wiedziała nawet czy żyje, do Stasia nie docierały też wieści z domu. Nie miał pojęcia że na Syberię właśnie wywieźli Zbysia, jego syna.

Takim sposobem w kraju białych niedźwiedzi wylądowały trzy pokolenia mężczyzn z rodu Zielińskich –

dziadek, ojciec i syn. Każdy gdzie indziej.

 

Aż nadszedł rok 1941 - Generał Anders formował  Polskie Wojsko, z jeńców i zesłańców na Sybir. Porucznik Stanisław stawił się w pierwszym terminie.

Opowiadałam już tu jego historię, opowiadałam o spotkaniu z synem.

 

 

 

 

To kartki, które do siebie pisali.

Pocztowaja kartoczka – największa radość, znak, że są żywi.

 

 

 

 

Tak dziwnie i obco brzmią nazwy, Bucharskaja Obłast, Dżałał Abad. Straszny, zimny, obcy świat.

Stasiu i Zbyszek z tamtego świata wrócili.

Ich Syberiada zakończyła się wolnością.

 

 

Janusz Zaorski nakręcił dawno wyczekiwany film, oparty na doświadczeniach własnej rodziny.

Nie widziałam filmu, nie wiem jaki jest.

Ale wiem jedno – jest bardzo potrzeby

 

 

.  .z przyjemnością polecam ten blog - Malina M*  .

   

jeśli podobał Ci się ten wpis

to wejdź    i zapromuj


oceń
178
4

komentarze (49) | dodaj komentarz

sobota, 22 lipca 2017

O moim bloogu

w malinach, jak to w malinach - pachnąco i kłująco

Statystyki

Odwiedziny: 312427
Wpisy
  • komentarze: 7195
Bloog istnieje od: 2009 dni
Najlepsze Blogi

MOJE BLOGI

* ZAPRASZAM

powiadomienie o nowym wpisie

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Film

Pytamy.pl