Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 259 895 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

SZARLOTKA GALOPKA

poniedziałek, 29 kwietnia 2013 11:46

 

sama ją wymyśliłam, wypróbowałam

a potem nazwałam - „wyjście awaryjne”

 

Dlaczego tak właśnie ?

Ano - potrzeba matką wynalazku.

 

Zapowiedzieli się do mnie bardzo mili goście.

Wpadamy za dwie godziny! świetnie!

ale z całą rodzinką! świetnie!

O matuniu! co ja zrobię!!! wypróbowana cukierna zamknięta a w domu tylko kilka herbatników - tragedia. Popędziłam do sklepiku a tam tylko czekolady, batoniki i wafelki - tragedia ! No to może naleśniki zrobię dla dzieci, mam w domu jabłuszka ... w tym momencie zobaczyłam na półce biszkopty i mnie olśniło.

 

Kupiłam jeszcze cytryny, cukier puder i na wszelki wypadek śmietanę trzydziestkę, bo nie pamiętałam czy mam taką w lodówce.

Ufff - pędem do domu. Z sercem na ramieniu zabrałam się za ten mój eksperyment.

 

W 15 miut szarlotka była gotowa.

 

 

 

 

To wszystkie potrzebne składniki, no nie wszystkie bo cała cytrynka potoczyła się za obiektyw.

 

 

 

 

Na początku wykładamy jabłuszka ze słoika, najlepiej na patelnię. Przysmażamy.

 

 

 

 

Dobrze jest, jeśli jabłka przychwycą trochę do dna patelni, mają wtedy aromat pieczonego jabłuszka.

 

 

 

 

 

W czasie kiedy jabłka się smażą wykładamy biszkopty

i skrapiamy każdy biszkopt cytryną.

Przełożymy je gorącymi jabłkami, wprost z patelni.

 

 

 

 

Teraz zabieramy się za wykonanie ekspresowej polewy.

 

Około 20 dkg cukru pudru wysypujemy na głęboki talerz, albo miseczkę, wciskamy pół cytryny i zaczynamy szybciutko mieszać, dodajemy śmietanę, 2 albo 3 łyżki, do osiągnięcia odpowiedniej konsystencji.

 

 

 

 

Konsystencja polewy powinna być taka jak na zdjęciu.

Jeśli jest za rzadka śmiało możemy dosypać cukru, nie zważy się. Polewa zaczyna stygnąć zaraz po wylaniu na ciepłe ciasto.

 

 

 

 

Teraz tylko posprzątamy kawałeczki jabłek i natrzemy na polewę skórkę cytrynową. Oczywiście cytrynę trzeba wcześniej wyszorować, sparzyć i porządnie wytrzeć. Jeśli mamy smażone wiśnie to można udekorować Ale kto dzisiaj ma smażone wiśnie o tej porze roku ???

 

Szarlotka eksperymentalna "poszła" nam na jednym posiedzeniu. Ta, to już następna.

Ja robiłam a Bratanek fotografował.

 

Do jedzania zabraliśmy się tak po godzinie. Polewa już zastygła ale szarlotka była ciepła - pycha.

Wcale się nie czuje, że biszkopty kupowane. Gorące jabłka przełamują smak i jest jak domowe ciasto.

Dla dokończenia eksperymentu spróbowałam kawałek zamroziić. Można mrozić spokojnie, po odmrożeniu smakuje prawie jak przed.

 

 

Najlepiej, jak zwykle, smakuje

ten ostatni kawałek ;o)

 

 

. .życzę smacznego - Malina M*.

 

jeśli podobał Ci się ten wpis

to wejdź    i zapromuj


oceń
26
0

komentarze (48) | dodaj komentarz

CZTERY PORTRETY

środa, 24 kwietnia 2013 17:01

 

z życia jednej kobiety 

 

Portret pierwszy – dziewczynka.

Kajusia albo Kajcia.

 

 

     

 

 

Niech nikogo nie zwiedzie

niewinne spojrzenie dziecięcia.

Za tą słodką buzią krył się prawdziwy diabełek.

To dopiero była psotnica !!!

 

W domu wołano na nią Kajcia-bolszewik.

A dlaczego bolszewik?

W domu moich pradziadków panował taki zwyczaj, że wieczorem rodzina klękała wspólnie do pacierza. Rodzice i dzieci, od najstarszych do najmłodszych. Chłopcy wcześnie z domu wyszli ale wyobrażacie sobie osiem dziewczynek! Kajcia była w tych młodszych. Klęczała na końcu no i oczywiście rozrabiała jak pijany zając, rozśmieszając tym całą resztę. Często, gęsto, modlitwa kończyła się westchnieniem: bolszewik – marsz do łóżka !

 

 

                                       *

 

Portret drugi – podlotek.

Panienka Kajka.

 

 

 

 

Podfruwajka z warkoczami do samego pasa.

 

Trudno ją było okiełznać i w szkolny mundurek wtłoczyć. Kajka to był wolny duch, panna z mokrą głową. Wszędzie jej było pełno. Jak ktoś, coś, komuś, zmalował to wiadomo – nasza Kajciunia! Skaranie boskie z taką panienką, co bardziej na kozaka niż na damę pasowała.

 

 

                                      *

 

Portret trzeci – panna.

Panna Kaja.

 

 

 

 

Cóż to za spojrzenie!

 

Serca młodzieńców topniały niczym lód na wiosnę.

A Tatko był surowy. Młodzieńcy, z wizytą do córek, mogli przychodzić tylko w dni parzyste. Koniec i kropka. Zakochani siadali wtedy na otomanach a Tatko przechadzał się tam i z powrotem po pokojach.

W amfiladzie były te pokoje, więc miał się gdzie przechadzać. W dni nieparzyste, kiedy to Tatko udawał się do klubu na preferansa, Mamcia nieco łaskawszym okiem spoglądała na amory córek. Dawała znak i młodzieńcy tup, tup, tup po schodach. Dziewczęta z uśmiechem otwierały drzwi no i miłość rozkwitała jak pierwiosnek. Oczywiście pod bacznym okiem Mamci rozkwitała.

 

 

                                      *

 

Portret czwarty – mężatka.

Pani Kazimiera.

 

 

  

 

 

To właściwie nie tyle portret, co ślubna fotografia.

 

Ach, co to był za ślub!

Józef przystojny, wysoki, elegancki a do tego szarmancki. Uwielbiał Kajkę i nosił ją na rękach. Była młoda, szczęśliwa, bogata, całkiem jak w filmie. Niestety w życiu los obszedł się z nimi okrutnie.

 

Przyszła wojna.

 

Józef pracował w Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Rząd ewakuował się do Rumunii, z rządem ministerstwa. Dostał rozkaz, nie pozwolili zabrać żony. Pisał piękne, długie listy przepełnione miłością i tęsknotą. Wrócił po wojnie. Chciał zabrać Kajkę do Szwajcarii. Niestety, Kazimiera nie potrafiła mu wybaczyć. Nie potrafiła zapomnieć, że zostawił ją samą w płonącej Warszawie.

 

Ona miała jeszcze dwóch mężów.

On nigdy, z nikim innym, się nie związał.

Ale o tym opowiem kiedyś w moim drugim blogu, poświęconym dziejom rodziny.

 

 

              http://hania-album.bloog.pl/

 

 

Do portretów pozowała Kazimiera,                    

siostra mojej Babci 

 

 

. .z przyjemnością zapraszam - Malina M*.

 

jeśli podobał Ci się ten wpis

to wejdź    i zapromuj


oceń
40
0

komentarze (27) | dodaj komentarz

STO LAT

poniedziałek, 22 kwietnia 2013 17:33

 

Panie Premierze !!!

Dużo radości w tym, co najważniejsze,

czyli w życiu rodzinnym. 

 

 

 

 

Gdy piłka w grze mądrych i odważnych decyzji,

dobrych Przyjaciół, którzy pomogą je podjąć

i staną przy Panu, gdy będzie trzeba.

 

No i oczywiście jak najwięcej

celnych strzałów w polityce !!!

 

Gra Pan o wielką stawkę.

 

 

W prezencie taki drobiazg zmajstrowałam.

A co ?! majstrowanie to moja specjalność

czasami

 

 

. .z przyjemnością zapraszam - Malina M*.

 

jeśli podobał Ci się ten wpis

to wejdź    i zapromuj


oceń
42
1

komentarze (28) | dodaj komentarz

JESZCZE TYLKO CZARNY KOT

niedziela, 21 kwietnia 2013 11:30

 

może pomoże

nic innego, jak tylko ten czarny kot !

 

 

 

 

No popatrzcie na licznik

czarno na białym stoi 131313

trzy trzynastki jak byk !

 

 

 

 

a czwarta trzynastka w liiil

Leszek zapromował jako trzynasty

a dalej stop - ani rączką ani nóżką do przodu

zagnieździła się trzynastka i ani drgnie 

 

 

 

 

 

I tym sposobem kareta trzynastek !!!

 

 

 

 

i co ???

szczęście jak jasny gwint !!!

kot by się uśmiał !

 

 

A jeśli już o kota chodzi, to stworzenie tyleż miłe sercu

co magiczne, a nawet nieco filozoficzne.

 

 

 

 

 

Oczy kota są jak głębia.

 

 

 

 

 

Oczy kota są jak tajemnica kryształowej kuli.

 

 

 

 

 

A jakie są wąsy kota?

 

 

 

 

Wąsy kota są tak optymistyczne,

że żadne wredne trzynastki

nie są w stanie zepsuć humoru !

 

 

 

. .z przyjemnością zapraszam - Malina M*.

 

jeśli podobał Ci się ten wpis

to wejdź    i zapromuj

 


oceń
38
0

komentarze (27) | dodaj komentarz

POSZŁA SOBIE

czwartek, 18 kwietnia 2013 10:12

 

Pani Zima 

 

Wiosna smutki i ostatki Zimy sprząta.

każdy kącik wymiata … a jak skrzętnie !

żeby nam Pani Zima, po zapomniany drobiazg,

przypadkiem nie wróciła.

 

 

 

 

Mała jeszcze ta Wiosenka ale jaka pilna !!!  

Jak przykłada się do pracy !!!  

Aż się słonku cieplej na duszy robi.

 

Za moim oknem szpakowe drzewo niedługo wypuści zielone listki a potem tysiące maleńkich, kwiatowych pączków. W nocy zapachnie słodkim, duszącym, zapachem.

 

Mała Wiosenka dorośnie. 

 

Wdzieje kwiecistą sukienkę, zalotnym gestem rozłoży na niebie wilgotne parasole kasztanowych liści …

 

a potem?

 

potem, najzwyczajniej w świecie,

umówi się z Majem

na pierwszą randkę …

 

  

                                     *

 

 

 

 

Dała się przyłapać.

 

 

 

 

Taka jeszcze nieśmiała , niewinna,

taka z cicha pęk.

 

 

 

 

W jednej chwili, w mgnieniu obiektywu

 

to, co było

to, co właśnie jest

i to, co będzie …

 

 

. .z przyjemnością zapraszam - Malina M*.

 

jeśli podobał Ci się ten wpis

to wejdź    i zapromuj


oceń
45
0

komentarze (25) | dodaj komentarz

ZŁOTY PIERŚCIONEK

poniedziałek, 15 kwietnia 2013 15:32

 

maleńki, wąziutki jak obrączka,

z małym, owalnym oczkiem z rubinu

Jedyny pierścionek jaki miała i ma do dzisiaj Danusia.

 

 

             

 

 

Kiedy przyjechali do Brzegu Danusia miała 14 lat

i wyglądała jak na zdjęciu wyżej. Wesoła dziewczynka z warkoczykami i kokardami we włosach.

 

Akurat rozpoczynał się rok szkolny.

Trzeba było wejść w nowe środowisko i od razu zabrać do nauki. W czasie okupacji polskiej szkoły nie było, pierwszą, drugą i trzecią klasę Danusia zrobiła chodząc na tajne lekcje, do jednej z nauczycielek. Do czwartej klasy poszła do szkoły rosyjskiej w Złoczowie a do piątej i szóstej do szkoły w Gliwicach. Danusia zawsze była świetną polonistką, pochłaniała wprost książki, inne przedmioty dało się szybko w Gliwicach nadrobić.

Niestety, matematyka bez podstaw to makabra, po prostu się nie da.

 

Danusia była nieśmiała i delikatna a dzieci od razu ustawiły się na nie do nowej koleżanki. Dziewczynki oświadczyły , że z rudą (?) nie będą siedziały, dopiero jeden z chłopaków ochoczo zaproponował – ja tobą usiądę. I siedzieli tak razem aż ze zwolnienia wróciła do klasy druga Danusia. Dziewczynki od razu przypadły sobie do gustu. Zaprzyjaźniły się a przyjaźń dwóch Danuś przetrwała aż do końca.  W klasie dzieci wołały - biała Danka i czarna Danka. 

 

 

 

 

 

W klasie dzieci wołały - biała Danka i czarna Danka.  

 

Gdzieś tak pod koniec siódmej, albo na początku ósmej, klasy obie Danusie zakochały się w przystojnych kolegach. Moja Danusia swego Witka nazwała Sokole Oko a druga Danusia swojego ukochanego Postrzępiona Strzała. Owi dzielni wojownicy byli harcerzami, zapraszali swoje wybranki na ciastka z oranżadą, chodzili za rączkę na spacery a czasem nawet na potańcówki, które organizowały ich klasy. Ma się rozumieć byli bardzo rycerscy.

 

Niestety chłopcy byli sporo starsi od dziewczynek. W ósmej klasie przyszedł czas pożegnania. Witek zdał maturę i musiał wyjechać na studia do Krakowa. Zrozpaczona Danusia, pod wierzbą, przysięgała miłość do końca życia. Ale, jak to w życiu ośmioklasistki bywa, ten koniec nastąpił niespodziewanie szybko. Gdzieś tak w okolicach klasy dziewiątej.

 

 

             

 

 

To zdjęcie Danusi z ósmej klasy.

 

W ósmej klasie Danusia pisała wiersze, wierszykami obdarowywała, z różnych okazji, wszystkie koleżanki i kolegów, bo już wtedy była bardzo lubiana. Wtedy też napisała pierwszą książkę „Wyspa cichej śmierci” 

ooooch to musiał być bestseller !!! ale w żaden sposób nie mogę namówić jej do przeczytania choćby maleńkiego urywka ;o).

 

Ela, siostra Witka zapraszała Danusię do domu i tam dziewczynki razem się uczyły matematyki. Uczyły się i uczyły a czasem przez okno sobie wyglądały. A za oknem boisko i chłopcy grali w siatkę. Zwłaszcza jeden taki, bardzo wysoki student, zawsze w jasnych spodniach niebieskiej koszulce i białych tenisówkach.

Ela wzdychała a Danusi nawet do głowy nie przychodziło jaką jej życie niespodziankę zgotuje.

 

 

 

 

 

To właśnie ten chłopak.

 

Kiedy Danusia była w ósmej klasie to on już na drugim roku we Wrocławiu. Przyjeżdżał na soboty i niedziele do domu, to znaczy do domu swojego brata. Dużo starszy Brat, ksiądz, zabrał Antosia do siebie i chłopak przez kilka lat mieszkał na plebanii.

Motor oczywiście nie Antosia tylko brata, wtedy ksiądz jeździł nim po okolicznych wioskach i uczył dzieci religii.

 

Rodzicom Danusi bardzo źle się powodziło, byli biedni. Romek znalazł wprawdzie pracę w zakładzie zegarmistrzowskim ale zarabiał grosze. W domu brakowało wszystkiego. Jedna mała pensja na czwórkę, bo wzięli do siebie babcię. A jeszcze do tego samego domu, tylko piętro wyżej, wprowadziła się starsza siostra Romka z dwiema wnuczkami, których rodzice byli na Syberii. Rodzinie siostry też trzeba było pomóc.

 

Danusia skończyła 9 klasę.

Jak każda dziewczynka lubiła się ubierać Waleria oszukiwała biedę, szyła córce sukienki ze starych sukienek po ciotkach, jak choćby tę sukieneczkę na szkolną wycieczkę do zoo.

 

 

 

 

Szyła bluzeczki ze spadochronu i robiła na drutach piękne żakiety z poprutych lotniczych pończoch. Ten spadochron i pończochy lotnicze to prezenty z Anglii, od brata Romka. Z Anglii nadchodziły też konserwy – konina z jabłkami.

 

Pewnego dnia do zakładu zegarmistrzowskiego przyszedł biednie ubrany chłopina. Przyniósł trochę złota, ot tyle co na dwie obrączki. Chciał sprzedać, żeby mieć na życie. Władziu, kolega Romka był nie tylko zegarmistrzem ale i złotnikiem, córka Władzia właśnie miała wychodzić za mąż. Romek pomyślał, że zrobi pierścioneczek dla Danusi. Kupili i Władziu zrobił obrączkę dla córki i malutki pierścionek dla Danusi.

 

Śliczny był ten pierścionek. Miał malutkie oczko rubinowe a dookoła, zamiast koronki, obwódkę ze złotych miniaturowych kropeczek – cacuszko delikatne i subtelne jak Danusia.

 

Niestety – okazało się, że chłopina to nie chłopina tylko podstawiony ubek. W tym czasie była ustawa zakazująca handlu złotem. Przyszli po Romka, skuli go kajdanami jak najgorszego zbira i wywieźli do więzienia do Opola. Do kompletu – więzili go Niemcy, więzili bolszewicy to PRL miał być gorszy ? Ubrali w więzienny uniform, odpowiednią czapeczkę na głowę – i cacy.  W tym czasie Wala rozchorowała się tak bardzo, że szpital w Brzegu nie chciał jej przyjąć twierdząc że nieboszczyków nie przyjmują. Jakoś cudem udało się załatwić szpital w Opolu.

Danusia została sama. Nie miała z czego żyć a jeszcze trzeba było wozić paczki do więzienia i do szpitala. Danusia przerwała naukę, nie poszła do dziesiątej klasy. Koleżanka przez swojego ojca, postarała się o pracę i Danusia zaczęła pracować w Inspektoracie Szkolnym.

 

 

             

 

 

To zdjęcie ma nawet pieczątkę z pracy.

Po kilku miesiącach Romek wrócił do domu a Walę w szpitalu uratowali. Danusia wróciła do szkoły ale już nie do swojej klasy.

 

 

 

 

Wtedy, w Brzegu był taki zwyczaj że w maju,

po Nabożeństwie Majowym dziewczynki szły sobie pospacerować. Jedną stroną ulicy spacerowały dziewczynki, drugą chłopcy. Pewnego majowego dnia Dwie Danusie szły sobie zaśmiewając się z jakiegoś filmu a tu nagle podchodzi do nich starsza koleżanka z dwoma chłopcami.

 

- czy mogłabym poznać koleżanki

  ze swoimi kolegami studentami?

- w żadnym wypadku ! mamusia mi mówiła,

  że chłopców nie wolno poznawać na ulicy

- ależ coś ty Danka! chłopcy to nie są nieznajomi,

  oni są ze mną

- nnnoo, to niech będzie

 

I tak poznali się moi rodzice.

 

Antoś był świetnym matematykiem.

Wysoki, przystojny, o falujących ciemnych włosach.

Na strzelnicy tłumaczył Danusi zadania a potem zaczęli chodzić na dłuższe spacery nad Odrę.

 

 

            

 

 

Inaczej niż dzisiaj – wtedy to tylko za rączkę a do dziewczyny przez pierwsze miesiące per „koleżanko”.

 

 

              

 

 

Pierwszy raz w życiu Danusia się namalowała po maturze. Pomadkę w kolorze marchewki przywiózł jej Antoś z Wrocławia. Szkoda, że na tym maturalnym zdjęciu koloru nie widać. Chyba miał chłopak oko bo moja mamusia do dzisiaj używa tego koloru, w żadnym innym nie jest jej tak dobrze.

 

             

 

 

A potem były przyjazdy ze studiów zwykle w studenckiej czapeczce bo bujne włosy coraz mniej były bujne.

Były długie spacery po Brzegu.

 

  

 

 

Wycieczki do parku i nad Odrę.

Czasem sam na sam a czasem z rodzicami.

 

 

 

 

Romantyczne wyprawy nad Kanał.

To była biała sukienka w zielone groszki. Pamiętam tę sukienkę. Ja też wiele lat póżniej chodziłam w niej na spacery.

 

 

 

 

 

Antoś świetnie dogadywał się z Walą i Romkiem.

 

A potem oświadczył się.

Był biedny, nie miał pierścionka.

Danusi został więc ten mały, złoty, z rubinkiem.

 

Siedem lat starszy i nie chciał już czekać aż Danusia skończy studia. Stanął na głowie i udało mu się w końcu przekonać wszystkich, by nie szła na wymarzone Leśnictwo.

 

 

 

 

Od zawsze, od kiedy pamiętam Danusia nosiła na serdecznym palcu obrączkę i mały złoty pierścionek.

 

Tylko tę jedną obrączkę

i tylko ten pierścionek

 

Innych nie potrzebuje

w tych jest wystarczająco

dużo serca i miłości

 

 

. .z przyjemnością zapraszam - Malina M*.

 

jeśli podobał Ci się ten wpis

to wejdź    i zapromuj


oceń
48
0

komentarze (32) | dodaj komentarz

CO BYŁO

sobota, 13 kwietnia 2013 12:41

    

nie wróci

a będzie to, co ma być.

 

Mam nadzieję, że w końcu będzie wiosna !

wonna i radosna, jak w wierszykach z moich młodych lat.

 

 

    

 

 

Dawniej to wiosna była jak panienka.

 

Lekkim krokiem, trochę znienacka, nadchodziła i od razu wielkie entree ! Dawniej z wiosną młodość w zawody szła.

Przebiegła, zakręciła się w tańcu, porwała serce chłopaka, zamrugała tymi swoimi firankami a potem westchnęła i biegła dalej ...

 

Coraz szybciej, coraz zwiewniej.

Która z nich lepsza, która piękniejsza.

 

Eeech - kiedyś obie

przychodziły za szybko

i za szybko odchodziły.

 

A dzisiaj ?

Dzisiaj, po prostu, wiosna jest bezczelna!

fochy stroi !

 

A młodość ?

ooo - ta to dopiero potrafi rogi pokazać !

tylko jej dać lusterko !

 

 

                                    *

 

Szukałam zdjęć do dalszej części historii cygańskiego stołu i wpadła mi w ręce moja stara fotografia.

No to jest mały przerywnik.

 

 

. .z przyjemnością zapraszam - Malina M*.

 

jeśli podobał Ci się ten wpis

to wejdź    i zapromuj


oceń
33
1

komentarze (24) | dodaj komentarz

STÓŁ KRÓLA CYGANÓW

czwartek, 11 kwietnia 2013 11:32

  

wiele lat odrabiałam przy tym stole lekcje.

Był wielki, czarny, rozkładany na pół pokoju,

miał masywne, lekko profilowane nogi.

 

Skąd się u nas wziął ?

aaa - to dłuższe opowiadanie.

 

Opowiadanie zacznę od początku, czyli od końca wojny.

Jest rok 1945, jednym z ostatnich transportów wyjeżdża za Złoczowa rodzina mojej Mamusi. Dostają pół towarowego wagonu, w drugiej połówce muszą pomieścić się ich sąsiedzi.

Zabierają ze sobą, do nowej Ojczyzny, najpotrzebniejsze rzeczy, dokumenty, zdjęcia, rodzinne pamiątki, wielki materac do spania, taki niebieski w srebrne chryzantemy, trzydrzwiową szafę z lustrem, taboret, wannę no i przymusowo sitzbad.

 

Babcia Waleria pakuje jakieś garnki, stolnicę, wałek do ciasta, maszynkę do orzechów, wagę, zapas jedzenia, mąkę, sól, cukier, wianki cebuli.

Do dzisiaj wałkuję ciasto wałkiem Babci Walerii,

robię falbanki w ruskich pierogach, tak jak trobiła to Ona a maszynki do orzechów używam gdy piekę Jej pyszny, orzechowy tort. 

 

 

 

 

Dziadziu Romuald zabiera kilka ulubionych obrazów, gobelin, kilimek, karnisze, w których w czasie wojny chował dokumenty i pieniądze.

Danusia pakuje kanarka Kubusia, klatkę, naczyńka i trochę ptasiego pokarmu na zapas. No i swoje lalki.

 

Przed nimi droga daleka a kres drogi nieznany.

 

Siedem tygodni trwa ta najdłuższa w ich życiu podróż.

Pociąg trochę jedzie, potem odstawiają go na bocznicę. Na bocznicy pasażerowie wychodzą z wagonów i kwitnie życie. Panowie budują z cegieł małe paleniska, panie wynoszą stolnice i robią pierogi, na ścianach wagonów suszą się wianki cebuli a dzieci, jak to dzieci, biegają wokoło i robią strasznie dużo zamieszania. A potem gwizdek, wszyscy się pakują i dalej w drogę. Są wagony w których pasażerowie podróżują razem ze swoimi zwierzakami, jest więc mleko są też jajka.

 

To jeden z ostatnich transportów, jadą od miasta do miasta ale miasta już pozamykane, nie przyjmują. Wreszcie transport trafia do Stargardu. Piękne miasto ale niespodzianka – coś niesamowitego, domy zapaskudzone, napaskudzone na podłogach, na sprzętach, nawet w garnkach … ot taka wizytówka na przywitanie. Noooo – to panie hurmem orzekają – tu nie zostaniemy! Nie pomaga to, że panowie przysięgają, że wszyściutko uprzątną – koniec, kropka , one nie będą w takim miejscu i już ! Transport rusza dalej , po drodze niektóre rodziny zostają, ale niewiele. Ostatni przystanek to Gliwice. Wszystkich wyładowują na rampie.

Jest zimny jesienny dzień, pada deszcz.

Czarna rozpacz.

 

Rodziny powoli się rozchodzą. Waleria płacze a Romek usiłuje jakoś to wszystko ogarnąć. Nagle na pustoszejących torach pojawia się stara Niemka, zbierała węgiel na opał. Pochodzi do nich i proponuje – zabiorę was do siebie, jestem biedna, nie mam co jeść ale mam dach nad głową to wam kawałek tego dachu odstąpię. I tak cała trójka zabiera dobytek i idzie z Niemką do swojego nowego miejsca na ziemi.

 

Zamieszkują na poddaszu niewielkiego domku

na ulicy Kolberga.

Zaraz Wala i Romek zaczynają chorować. Panuje wtedy czerwonka. Danusia musi sobie jakoś sama radzić. Jak już nie ma niczego do zjedzenia i nie ma na lekarza to bierze lalki i idzie na most, żeby je tam sprzedać. I tu dziwne zrządzenie Opatrzności, mostem przechodzi jeden z sędziów, znajomy rodziny, jeszcze ze Złoczowa. Poznaje małą Danusię i zabiera ją i idzie do ich domu. Pomaga przyjaciołom, wzywa lekarza, ofiarowuje pieniądze.

 

Niedługo znajduje im też mieszkanie,

na ulicy Tarnogórskiej 95a.

To ten dom, który widać na zdjęciu.

 

 

 

 

I jeszcze coś.

Sędzia proponuje że znajdzie Romkowi pracę w sądzie.

Ale tu pojawia się problem, Romek nie chce, nie będzie w komunistycznym sądzie pracował - nigdy i za nic na świecie. Koniec, kropka.

 

No więc biedują nadal. W końcu Romek pokątnie znajduje jakąś pracę, naprawia ludziom zegarki. Jeszcze na froncie nauczył się tego naprawiania. Kiepskie z tego pieniądze bo i pewnie trochę z Romka kiepski zegarmistrz.

Codziennie mała Danusia, po drodze do szkoły, przechodzi obok sklepu wędliniarskiego. Tam, na progu, czeka na nią sympatyczna właścicielka, teściowa owego Sędziego. Codziennie wręcza Danusi zawiniętą bułkę a w bułce pachnąca pasztetówka z białym tłuszczykiem na brzegu, czasem nawet plasterki szynki.

 

Na ulicy Tarnogórskiej mieszkają w czterorodzinnym domu. To bliźniak, po jednej stronie dwie rodziny i po drugiej dwie. Każda z rodzin ma swój własny ogródek a w nim kwiaty i warzywa.

Ten ogródek to oczko w głowie Romka. Hoduje tam pomidory, kukurydzę, rzodkiewki i potrzebne w kuchni warzywa no i specjalnie dla Danusi jej ulubiony zielony groszek.

 

 

 

 

W takiej jednej części bliźniaka mieszkają dwie rodziny.

Mają wspólny przedpokój - jedni kuchnię i pokoje na parterze, drudzy na piętrze.

Wszystko jest otwarte, dostępne, jak wspólne, nikt niczego na klucz nie zamyka. 

Dodatkowo z kuchni prowadzą drzwi do małego przedsionka, trzy stopnie w dół a stamtąd do łazienki, to znaczy czegoś, co miało być łazienką, do składziku i na schody zewnętrzne, prowadzące do ogrodu

 

 

     

 

 

Na tym zdjęciu Wala i Danusia w kuchni na Tarnogórskiej

 

Kuchnia była widna ale strasznie ponuro pomalowana. Ponoć praktyczna granatowa lamperia okazała się przygnębiającym koszmarkiem i Wala jak mogła upiększała to miejsce.

 

W kuchni powiesili przywieziony z ukochanych Kresów, obraz Matki Boskiej Ostrobramskiej,

żeby czuwała nad Nimi w tym obcym miejscu.

Trochę nawet ten obraz widać na zdjęciu...

 

Dom był czysty.

Niestety były w nim robaki, karaluchy, prusaki i pluskwy.

Danusia panicznie bała się robactwa.

Kiedyś przyjechali goście. Dostali największy pokój i czuli się bardzo dobrze. Mała Danusia miała jednak problem - jak tu się myć . Wymyśliła, że zrobi to w nocy, po ciemku. Wzięła wielką miednicę, nalała sobie wody z pojemnika w kuchni i niosła miednicę, żeby postawić na taboret. I nagle trrrach ! buuuum! sruuuu !!!

Danusią się na czymś pośliznęła i pooojechała jak długa ! 

a miednica na nią.

No na czym mogła się pośliznąć mała Danusia ???

na karaluszku oczywiście. Wrzask był straszliwy, łącznie z żądaniem obcięcia nogi.

Dopiero brat Romka przysłał z Anglii DDT i robactwo zostało wytrute, tak skutecznie, że przez rok żadna mucha nie siadła na ścianie.

 

 

W tym miejscu zaczyna się historia mojego stołu.

Obie rodziny żyją zgodnie i w przyjaźni. Rodzina z parteru to król Cyganów i jego piękna młodziutka żona. Niestety ich losy są smutne, żona króla umiera a on pogrąża się w rozpaczy a nawet załamuje, nie chce już tu mieszkać. Przed wyjazdem, w dowód przyjaźni, ofiarowuje moim swój stół, jeden z ważniejszych mebli w jego domu.

 

I tak majątek mojej rodziny się powiększa, do szafy, taboretu i materaca dochodzi stół.

 

Niestety, Gliwice ciągle są miastem zamkniętym, nie ma mowy o zameldowaniu się. Danusia chodzi tu jednak do szkoły, do piątej a potem do szóstej klasy. Po dwóch latach wadze brutalnie wyrzucają ich z domu do baraku na przedmieściu. To mieszkanie potrzebne jest dla inżyniera.

 

Romek wyrusza w Polskę na poszukiwanie jakiegoś lokum. Trafia do Brzegu. Znajduje w końcu mieszkanie na drugim piętrze kamienicy, na ulicy Chopina. Kamienica ładna ale zniszczona. Mieszkanie zimne, wilgotne, ponure, oświetlenie gazowe. Jeden normalny pokój i jeden mały bardzo zawilgocony pokoik, taka bardziej pakamerka, w przedpokoju wydzielone miejsce na kuchenkę, wspólna ubikacja na półpiętrze.

 

Nie ma co marudzić, trzeba brać – jest tylko to.

 

Za to okolica piękna, samo centrum Brzegu, śliczny Rynek, pod nosem Akademia Rycerska, niedaleko Zamek Piastów, no i Odra, Kanał i nadodrzański park.

 

Cały dobytek rodziny, wraz z cygańskim stołem,

wędruje na duży samochód z plandeką i wiooo !!!

Rodzina zaczyna nowy etap …

Szczęśliwy, choć bardzo, bardzo biedny.

 

 

Ale o tym to już opowiem w następnym wpisie.

To będzie historia złotego pierścionka.

 

 

. .z przyjemnością polecam - Malina M*.

 

jeśli podobał Ci się ten wpis

to wejdź    i zapromuj


oceń
43
0

komentarze (29) | dodaj komentarz

OTO ON

poniedziałek, 08 kwietnia 2013 22:22

 

w całej okazałości

 

 

 

Od lutego, jak ta lwica, walczyłam o zdobycie tego certyfikatu dla mojego niezwykłego zabytku. Udało się, ba, udało się zdobyć dwukrotną ilość potrzebnych głosów.

Namawiałam do wzięcia udziału w wydarzeniu, namawiałam do zagłosowania. Trzeba było kliknąć TAK w internetowej sondzie.

 

Tak namawiałam i zachęcałam:

 

 

 

 

To moja prezentacja wymaganej strony www lub bloga.

 

 

 

To sonda internetowa.

Troje z Was rozpozna siebie na ikonkach.

 

 

 

 

A to mój aniołek, który zachęcał do głosowania.

 

Wielu z Was kliknęło:

Zosia44, Bożenka, Halinka, Ewcia Aniołka, Ewcia Ozonka, Marzatela, Missjonasch, Cheronea, Maria

Roman Macikówka, Tomasz, Damian, Leszek, Michał Pax, Andrzej, Zbigniew .

Klikały też Osoby, które tu rzadko albo wcale nie bywają.

 

Z całego serca dziękuję WSZYSTKIM  za pomoc !

Dobrze jest wiedzieć, że obok są ludzie, którym zależy.

Nie wiem, czy mogę pokazać Wasze kliknięcia,

pokażę więc tylko osoby publiczne.

 

 

  

 

 

Tu Róża Thun wzięła udział w wydarzeniu.

 

  

 

Tu Waldemar Kuczyński zagłosował  na tak.

 

 

Umieściłam te materiały na pamiątkę.

Certyfikat to cenna rzecz dla ludzi, którzy walczą o ten obiekt, którzy co roku bezinteresownie angażują się żeby zorganizować charytatywny festyn, żeby uzbierać środki na kolejne metry tynku renowacyjnego, czy oczyszczonego piaskowca.

 

W przyszłym roku wszystkie te materiały zbiorę

i wydrukuję, w swojej pracowni, w fornie niewielkiej książeczki. Zaproszeni na festyn Goście Honorowi, Konserwator Zabytków i Sponsorzy dostaną w prezencie. Będą też egzemplarze na fanty albo aukcję.

Ten certyfikat znajdzie odpowiednie miejsce

w mojej książeczce.

 

 

 

. .z przyjemnością polecam - Malina M*.

 

jeśli podobał Ci się ten wpis

to wejdź    i zapromuj


oceń
34
0

komentarze (32) | dodaj komentarz

RĘCE MISTRZA KLAHRA

sobota, 06 kwietnia 2013 16:01

 

musiały być cudownie sprawne, silne,

a zarazem delikatne i z wielkim wyczuciem.

Zamieniały lipowe drewno w prawdziwe cuda.

 

 

    

 

 

Michał Ignacy Klahr zwany Młodszym.

Jeden z pięciorga utalentowanych dzieci rzeźbiarza Michała Ignacego Klahra zwanego Starszym. Podobnie jak ojciec pozostawił po sobie najwyższej wartości dzieła.

 

 

 

 

Żył na przełomie wieku osiemnastego i dziewiętnastego. Mieszkał i tworzył na terenie Kotliny Kłodzkiej, w Lądku, Domaszkowie, Nowej Wsi, Lewinie Kłodzkim, Jugowie i jeszcze paru innych miejscowościach.

 

 

 

 

Szczególnym pięknem odznaczają się jego rzeźby

z ołtarza Kościoła pod wezwaniem Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny w Nowej Wsi.

Rzeźbił je w 1793 roku – miał wtedy 65 lat.

 

 

 

 

Te trzy, pokazane wyżej, przedstawiają postaci z grupy rzeźbiarskiej Ukrzyżowanie.

 

 

 

 

Anioł Mistrza Klahra.

 

 

 

 

Tutaj święty Joachim.

 

 

 

 

A tu figura świętej Anny.

 

 

Przed wiekami 

cudowne ręce Mistrza Klahra

i posłuszne rękom mistrzowskie dłuto

zamieniły lipowe drewno

w prawdziwe cuda.

 

 

 

. .z przyjemnością polecam - Malina M*.

 

jeśli podobał Ci się ten wpis

to wejdź    i zapromuj


oceń
35
0

komentarze (24) | dodaj komentarz

SŁOWA

czwartek, 04 kwietnia 2013 14:28

 

ile ich stąd padało ...

 

Wiatr słowa roznosił po świecie, jak ziarna.

Jedne padały na skałę, inne na drogę

a jeszcze inne na żyzną glebę trafiały.

 

 

                

 

 

Jedne słowa wracały chlebem,

inne Zły w kamień przerobił.

 

 

 

 

Ambona - rokokowe cacko.

Drewniana, płaskorzeźbiona i rzeźbiona,

bogato polichromowana i złocona.

Wykonana w  roku Pańskim 1794 przez mistrzów dłuta

Karla Scharfa i Josepha Beschornera.

 

 

 

 

Szczególnie piękny jest rokokowy baldachim, wykończony ozdobnym lambrekinem. W podniebieniu baldachimu rzeźba gołębicy w złoconej glorii.

 

Nad baldachimem grupa rzeźbiarska – Bóg Ojciec w otoczeniu dwóch aniołków. Jeden aniołek trzyma w rękach miniaturę świątyni, drugi atrybuty świętego Piotra,

klucze i krzyż papieski.

 

Kosz ambony i galeryjka bogato zdobione.

Kosz od dołu przechodzi w formę stożka. Stożek ozdobiony jest liśćmi akantu, rocaillowym ornamentem i szerokim kogucim grzebieniem.

 

Na koszu i na galeryjce rzeźby Czterech Ewandelistów .

 

 

 

 

Święty Marek Ewangelista 

 

Atrybutem przedstawień świętego Marka jest zazwyczaj lew ze skrzydłami, czasem, w ikonografii, Święty Marek trzyma drzewko figowe lub zwój. Nasz święty, jak widać, trzyma w lewej ręce zwój pergaminu. Po prawej stronie, czego na zdjęciu nie widać, znajduje się półpostać lwa, trzymającego kałamarz.

 

                                      *

 

  

 

Święty Mateusz Ewangelista

 

Symbolem tego ewangelisty jest w ikonografii anioł albo też uskrzydlona postać ludzka.

Tutaj księgę podaje świętemu właśnie anioł, to znaczy mały aniołek. To jedyny w tej grupie Ewangelista, który sam trzyma złocony kałamarz.

 

                                         *

 

 

 

Święty Łukasz Ewangelista

 

Autor trzeciej z kolei Ewangelii. W ikonografii Łukasz często przedstawiany jest jako człowiek modlący się lub piszący, a jego atrybutem jest wół.

 

 

 

 

Widok figury od drugiej strony – półpostać wołu trzyma w pysku złoty kałamarz z inkaustem.

 

                                         *

 

 

 

Święty Jan Ewangelista

 

Autor ostatniej w kolejności Ewangelii, a także Apokalipsy. W tradycji chrześcijańskiej Jan przedstawiany jest zazwyczaj z orłem. Tutaj półpostać czarnego orła trzyma w dziobie kałamarz z inkaustem. Święty ma w rękach księgę.

                                         *

 

 

 

I, jakże by inaczej, aniołek ! ten od świętego Mateusza.

W całej nowowiejskiej świątyni, bo o niej ten wpis,

fruwają anioły ... najróżniejsze : ogromne, średnie i jak ten - całkiem maleńkie.

 

 

. .z przyjemnością polecam - Malina M*.

 

jeśli podobał Ci się ten wpis

to wejdź    i zapromuj


oceń
31
0

komentarze (23) | dodaj komentarz

OBRAZKI ŚWIĄTECZNE

środa, 03 kwietnia 2013 12:37

 

z wredną zimą w tle

Przyłapane na gorąco,

w czasie wielkanocnego śniadania.

 

 

 

 

słodka natura

obrazek bardzo świąteczny

 

 

 

 

Baby nie zawiodły.

Zgodnie z tradycją wyrosły jak ta lala.

 

 

 

 

Po upieczeniu trzyktotnie większa objętość niż przed upieczeniem. I grzybek pięknie wylazł z foremki.

Makowniczek też się spisał na medal.

Mak z miodem i rodzynki !

 

 

 

 

Na świąteczne popołudnie

w sam raz dobra kawka z orzechowym tortem.

 

 

 

 

A skoro baby wyrosły

to świat na swoje miejsce wróci.

 

 

 

 

 

Mówię to wam ja - malina

W końcu też baba.

 

 

 

 

Wrócić - wróci ! ale na Święta zwariował.

Na choince jaja a za oknem śnieg i sanna.

 

 

 

 

Sanna ??? ... a miała być Hosanna !!!

 

 

 

 

Na koniec zdjątko z telefonu komórkowego.

To piękny kot mojej Cioci Ali.

 

                     

 

 

 

Jedni zająca, inni baranka

a jeszcze inni coś zgoła innego !

 

A co? nie można?

Skoro świat zwariował

to zdezorientowane zwierzaki,

miast wydzierania się pod oknami,

o uświęcaniu marzą !

W koszyczku.

Z pisankami.

 

ot, co !!!

 

 

. .z przyjemnością polecam - Malina M*.

 

jeśli podobał Ci się ten wpis

to wejdź    i zapromuj


oceń
38
0

komentarze (21) | dodaj komentarz

sobota, 22 lipca 2017

O moim bloogu

w malinach, jak to w malinach - pachnąco i kłująco

Statystyki

Odwiedziny: 312455
Wpisy
  • komentarze: 7195
Bloog istnieje od: 2009 dni
Najlepsze Blogi

MOJE BLOGI

* ZAPRASZAM

powiadomienie o nowym wpisie

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Film

Pytamy.pl