Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 259 895 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

JEJ PORTRET

niedziela, 26 maja 2013 16:38

 

współczesny

najpiękniejszy, jaki udało mi się zrobić

 

 

 

 

W tym portrecie jest wszystko.

Łagodne, rozmarzone spojrzenie, delikatność,

takie wewnętrzne ciepło i przede wszystkim uśmiech.

Uśmiech, który zjednuje przyjaciół.

 

 

 

 

Czasem jednak uśmiech znika a pojawia się troska.

Tyle trosk przynosi życie. Na twarzy człowieka zmarszczki wypisują charakter. Danusia, po siedemdziesiątce, nie ma ich zbyt wiele. Nie retuszowałam portretów bo kocham zmarszczki Danusi, kocham te kurze łapki wokół oczu.

 

 

 

 

A tu portret z zaczarowanym księciem.

Nie dał się odczarować ani Danusi, ani mnie. Nie pomogło wieszanie na szyi. Ani zipnął. Teraz siedzi obok monitora i wybałusza na mnie te swoje zielone oczęta.

 

 

                                      *

 

Nie jestem zbyt oryginalna.

 

Co roku, na Dzień Matki, przynoszę Danusi czerwone róże i co roku zabieram Ją z tej okazji do sanatorium.

W prezentowym pakiecie trzy tygodnie w najpiękniejszym zakątku Kotliny Kłodzkiej, odpoczynek w zabytkowym szpitalu uzdrowiskowym, kuracja wodami z mineralnych źródeł, grająca fontanna, koncerty i inne atrakcje.

W promocji do pakietu – ja.

 

Pakujemy ulubione ciuchy, zostawiamy problemy, kłopoty, projekty, stres, urywające się telefony i w drogę. Zostawiamy nawet komórki.

 

Ten czas jest tylko nasz.

 

 

 

 

Popatrzcie, jak piękne wiosną są Duszniki.

 

Miejsce o cudownym alpejskim mikroklimacie, bujnej roślinności i kryształowo czystych górskich jeziorkach. Nie tak daleko ma swoje źródła Bystrzyca Dusznicka. Jest tak czysta, że można zobaczyć pływające pstrągi. Co kawałek wodospad albo jaz. W dzień, w parku, zawsze jest gwarno ale w nocy, gdy otworzy się okno, słychać szum wodospadu. Ze wszystkich stron góry porośnięte lasami. Ach – ten zapach czystego powietrza.

 

 

 

 

Miejsce, które niegdyś wybrał i ukochał Chopin.

Teraz Maestro z wysoka spogląda na kuracjuszy.

 

 

 

 

W jego dworku bez przerwy rozbrzmiewa muzyka.

Tutaj nuty płyną w cudnej harmonii z otoczeniem. To miejsce ma duszę. „Gdy nie ma duszy, nuty stają się fałszywe” mawiał, gdy z pasją komponował arcydzieła.

 

Zawsze zatrzymujemy się w największym i chyba najpiękniejszym szpitalu uzdrowiskowym Dusznik. Co roku wybieramy sobie inny pokój, żeby była jakaś odmiana.

 

 

 

 

Jan Kazimierz to samo serce parku zdrojowego.

Z okna widok na pijalnię wód i muszlę koncertową. Z innego okna widać grającą fontannę, a jeszcze z innego Dworek Chopina.

 

Cisza, spokój, cudowny park, zero samochodów. I bezpieczeństwo. Danusia przeszła dwa zawały, fakt że na miejscu czuwa lekarz to atut nie do przecenienia.

 

 

 

 

 

Szpital uzdrowiskowy jest ogromny.

Na parterze piękna jadalnia, basen, grota solna, wypoczynkowe patio i sklepik dla kuracjuszy. Na piętrze strefa zabiegowa a pokoje kuracjuszy na poddaszu.

 

Lubię taką atmosferę sanatoryjną. Spotyka się ciągle tych samych ludzi, nigdzie się nie spieszą, chętnie rozmawiają . Przed posiłkami siadają na parkowych ławeczkach przy małej fontannie. Stąd widać okna jadalni.

 

 

 

 

  

A jadalnie to bardzo sympatyczne miejsce.

 

Mamy tu swój stolik przy oknie. Z widokiem na park i muszlę koncertową. Zawsze ten sam, z numerem trzy. Miłe panie sadzają nam sympatycznych kuracjuszy. To tutaj skupia się sanatoryjne życie towarzyskie.

 

 

 

 

Dalsza część jadalni też jest ładna, ozdobiona wielkimi obrazami ale że nic nie zastąpi naturalnego widoku, więc zdecydowanie wybieramy przy oknie.

 

 

 

 

Jedzonko jest super a obsługa na medal.

 

Z miejsca zaprzyjaźniłyśmy się ze wszystkimi paniami.

To bardzo miły gest kiedy pani kelnerka przynosi z domu sernik, który upiekła i jeszcze pyta co upiec na  drugi tydzień. A panie pokojowe witają nasz przyjazd okrzykiem:

ooo - nasze słoneczka przyjechały !

Fajnie być słoneczkiem.

 

 

 

 

Wszystkie takie miłe!

 

 

 

 

Z tą jadalnią wiąże się zaskakująca historia.

 

Pewnego razu do naszego stolika przysiadła się sympatyczna pani Halinka. Jak zwykle zeszło na wspomnienia, każdy opowiadał, o mężach, o dzieciach, o szkole. Mój mąż chodził do szkoły w Brzegu, stwierdziła w pewnym momencie Halinka … oooo – nadstawiła uszu Danusia … i tak od słowa do słowa, okazało się, że mąż Halinki to kolega z klasy Danusi. Nooo – się działo !!!

 

Mąż Halinki , czyli Rysio przyjechał po kilku dniach po żonę. Wiedział, że czeka go niespodzianka ale nie wiedział jaka. Poprosiłyśmy obsługę, żeby pozwoliła nam dłużej zostać. Po kolacji wpada Rysio kłania się pięknie.

Poznajesz ??? pyta Danusia ... Rysio patrzy, patrzy i chyba nie tak całkiem poznaje ... Halinka deliktnie podpowiada  - to koleżanka z klasy ... ojjjjjj !!! te oczy !!! Danusia !!! No nie !!!

 

Ponad 50 lat się nie widzieli. Panie kelnerki się popłakały, ze wzruszenia. A potem, na naszym tarasiku, przez całą noc, wspominali(śmy) dawne czasy. Przy dobrym winku i przy  asyście uzdrowiskowych komarów. 

 

 

 

 

Pasją Danusi są zdjęcia.

Zabieram więc aparacik i co na drodze to nieprzyjaciel, nawet uzdrowiskowa kawiarenka!

 

 

 

 

W naszym oknie park się przegląda

a z wnętrza pokoju wyglądają dowody szalonych wędrówek po uzdrowiskowych sklepikach.

 

Ech – tutaj zawsze można kupić rozmaite miody z dusznickich pasiek a nawet świeżutkie kosmetyki Tołpy. Świeższe, niż w normalnym sklepie. Szalejemy sobie jak pijane zające w kapuście.

 

 

 

 

A co – jak szaleć, to szaleć !

Można nawet głową w dół albo tak jakoś na ukos. Radości i miłych drobiazgów nigdy dosyć. Tylko kłopot potem jak to wszystko do domu zatargać.

 

Niestety, z kupnem bukietu jest spory kłopot.

W Zdroju nie ma kwiaciarni, trzeba dwa kilometry do miasta i dobry powód, żeby do tego miasta Danusia nie zechciała wybrać się ze mną. Kombinuję jak koń pod górę a Danusia udaje, że się nie domyśla i zawsze bardzo jest zaskoczona, gdy w końcu zziajana przytargam bukiet.

 

 

 

 

To nic, że potem róże stoją w butelce po wodzie mineralnej. I tak Danusi się podobają.

Nawet gdyby były paskudne też by Jej się podobały,

tyle mają w sobie serca.

 

 

 

 

A potem idziemy karmić kaczki nad Czarny Staw.

To też część rytuału świętowania.

 

 

 

 

Uwielbiam świętować Dzień Matki.

W tym dniu daruję Danusi odrobinę luksusu...

odrobinę luksusu bycia razem.

 

 

 

. .z przyjemnością polecam - Malina M*.

    

jeśli podobał Ci się ten wpis

to wejdź     i zagłosuj


oceń
60
0

komentarze (50) | dodaj komentarz

JAK NAZWAĆ

sobota, 25 maja 2013 13:08

 

taki cud natury ???

Nie mam suflera, jak taki na przykład poseł Miller,

pamiętałam ale zapomniałam !

 

Nazwa łacińska, skomplikowana,

ale właściwie do czego mi ona ?

Tyle wiem, że drzewo unikalne i tylko takie jedno w moim mieście rośnie. Skąd się wzięło? tego nawet spece w Urzędzie nie wiedzą.

Pewnie ktoś, kiedyś, z bardzo daleka tu przytargał. Może sadzonkę a może tylko nasionko ? kto to wie ?

 

 

 

 

Nazwałam sobie to piękne drzewo

Szpakowym Drzewem.

 

Dlaczego tak właśnie ? Ano szpaki stadami oblegają kwitnące gałęzie. Jak po kwiatach pojawiają się liście to dopiero na drzewie rwetes. Ptasie radio z mega wzmacniaczem! Samczyki tak bardziej śpiewnie a samiczki jak przekupki na ptasim, rajskim, targu. Szpakowe przedszkole to też niezłe concerto.

 

A wszystko to na wyciągnięcie ręki,

wystarczy okno otworzyć.

 

 

 

 

Szpakowe drzewo rośnie za moim oknem,

a że mieszkam na pierwszym piętrze dosłownie włazi do pokoju. Kwitnie milionem maleńkich białych kwiateczków. i pachnie, pachnie, cudownie pachnie …

Zwłaszcza nocą słodki, duszący, orientalny, zapach przypomina opium, oczywiście mam na myśli perfumy.

Uwielbiam zapach mojego drzewa. Uwielbiam ptasie koncerty na moim drzewie.

 

 

 

 

Drzewo jest niskie ale zobaczcie jak rozłożyste!

Dla porównania, to drzewko po prawej to spory jesion a po drugiej stronie ulicy stare kasztany.

 

Szpakowe kiedyś miało odnogę. Rosła sobie poziomo, tuż nad chodnikiem. Chyba ze trzy metry tak sobie poziomo urosła. Dziw nad dziwy, ale dziw dość niebezpieczny. Gdy ją obcinali wszyscy sąsiedzi stali w oknach, jeden nawet położył się na ziemi w proteście ale rady nie było.

 

Odnogę ścięli ! Oj, jak bolało !!!

 

Rzeczywiście jednak zbyt było niebezpiecznie. Dzieciaki wieszały się na tym konarze jak na trzepaku i urządzały zabawy, nieszczęście było na wyciągnięcie ręki.

 

 

 

 

tak wygląda po obcięciu.

Dalej piękne, ale już nie tak. Na dole zdjęcia, tam, gdzie pień zakręca w prawo, jest ogromna rana. Już się zabliźniła ale pamiętam, jak kapały z niej wielkie łzy ... mnie też kapały i nie tylko mnie.

 

Ja to najbardziej lubiłam patrzeć jak zimą, po tym ośnieżonym konarze, tup, tup, czarny kot się skradał … a potem łuuup w biały puch, bo kora drzewa śliska.

Drzewo rośnie za murkiem oddzielającym przydomową zieleń od chodnika, za tym murkiem pełno zawsze śniegu …

eeech czarne na białym cudnie wygląda a jeszcze jak czarne zdziwione się otrzepuje …

 

oj – kocham to moje drzewo

i kota czarnego pod drzewem też

i szpaki …  

 

 

. .z przyjemnością polecam - Malina M*.

    

jeśli podobał Ci się ten wpis

to wejdź     i zagłosuj


oceń
1
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

SŁOWO SIĘ RZEKŁO

wtorek, 21 maja 2013 12:36

kobyłka u płota.

A nawet kilka kobyłek i to z rozmaitych stajni.

 

Poszukałam w swoim archiwum.

Wytargałam swoje dawne projekty, zgodnie z zamówieniami.

Trochę sentymentalna podróż bo czas goni, jak oszalały, coraz to nowe projekty, coraz to nowe obiekty. 

Jak spojrzę wstecz, to nie chce mi się uwierzyć ile tego było. Eeech  - ile to już lat !

 

 

 

 

Zola zamarzyła sobie kremową perełkę

z białym wystrojem - bardzo proszę!

 

Jedna z zabytkowych kamienic rewaloryzowanego bloku śródrynkowego w Strzegomiu. W promocji Zolu „moja” gotycka wieża widokowa a na niej hełm. 

Z tą promocją to mieliśmy sporo główkowania. Wieża gotycka, niegdyś przykryta ostrosłupowym hełmem gotyckim, potem barokowym. Ten barokowy , jak pokazywała ikonografia, był bardzo rozbudowany, piętrowy, z cebulastym zwieńczeniem.

Po wielu dyskusjach z Konserwatorem Zabytków zdecydowaliśmy, że hełm będzie w formie gotyckiego, ale żeby nie udawał, to wykonamy go w technologii współczesnej, ze szkła.

 

Teraz ten szklany hełm jest charakterystycznym elementem panoramy miasta.

Widać go z bardzo daleka. 

 

 

 

 

A to - fiołkowe marzenie

dla Bożenki, dla Missi i dla Miny.

 

Och – w naturze ten romantyczny pałacyk będzie zupełnie inny, pomalują go w tonacji ugrowej, ale pomarzyć na fiołkowo zawsze można.

 

Mój ulubiony profesor tłumaczył nam na wykładach, że by dobrze rewaloryzować zabytek trzeba zapomnieć o sobie. Im lepszy projekt, im lepszy projektant, tym bardziej na zabytku pokazuje się geniusz twórcy a nie geniusz architekta. Tak więc, z godnie ze sztuką, zabytek ma być marzeniem jego twórcy a nie moim … o!

Więc fiołkowy to tylko tutaj ...

 

 

 

 

Roman poprosił o „malinkę”

Romanie, zgodnie z życzeniem - malinowy ratusz.

 

Ratusz jest w rzeczywistości inny, taki, jak jego najstarsza warstwa kolorystyczna. To, co widać tutaj, to warstwa trochę młodsza. Tak właśnie, kiedyś tam, w dalekiej przeszłości, ratusz ten wyglądał.

No - może czerwienie nie były aż tak malinowe a tła trochę bardziej szare ale - miał być malinowy – jest !

 

 

 

 

Dla Heleny czekoladowe ciastko z bitą śmietaną.

 

Dodałam trochę gorzkiej czekolady, trochę karmelowego kremu i dużo bitej śmietany. Że będzie słodkie ? Ano zobaczymy, jeśli projekt zostanie zrealizowany.

Kamienicy była goła i gładka jak pupa niemowlaka. Oczywiście elewacje miały dyżurny, socjalistyczny, szary kolorek. Udało mi się, ze starych materiałów, odtworzyć wygląd detali. Ubrałam ją w ciepłe brązy. Na takich kolorach dobrze prezentują się słodkie, śmietanowe detale a jeszcze jeśli pod nimi umieści się ciemną gorzką czekoladę to ciastko nie powinno mieć zakalca.

 

 

 

 

Teraz zabawię się w czarnoksiężnika.

Przeniosę Teatr, ze świdnickiego, Rynku daleko, daleko. 

aż do baśniowej krainy Oz. Tam oliwki z łatwością zamienię w szmaragdy.

 

Świdnica to piastowski gród.

Dawne Księstwo Świdnicko-Jaworskie.

Ilonko – dla Ciebie to dzisiaj Szmaragdowy Gród.

 

 

 

 

Marzatelka zapytała mnie, czy wiem jaki to kolor Navy ?

alElla zaproponowała granatowy mundurek z białym kołnierzykiem i z białymi lamówkami, no i koniecznie tarczę. Mina, oprócz fiołków, lubi kolor niebieski.

 

Tu miałam największy problem – takiej kolorystyki nigdy jeszcze nie zmajstrowałam.

Ale zaraz – tarcza … tarcza …

o – mam, już wiem, gdzie jest tarcza!

 

Wprawdzie nie tarcza uczniowska, tylko tarcza herbowa, ale zawsze coś. Sami zobaczcie, tu herb Opactwa Krzeszowskiego, pochodzący z 1242 roku.

W rzeczywistości, ta elewacja, to barokowa jajecznica ze szczypiorkiem ale pewne konotacje z herbem można wyprowadzić … jak kto się uprze.

 

A ja uparta przecież jestem.

 

 

. .z przyjemnością polecam - Malina M*.

    

jeśli podobał Ci się ten wpis

to wejdź     i zagłosuj


oceń
53
1

komentarze (46) | dodaj komentarz

??

poniedziałek, 20 maja 2013 13:28

 

BYŁA NOTKA i nawet był komentarz i się wszystko zdematerializowało, jak duch ojca Hamleta

NIE MA NOTKI

????


oceń
6
16

komentarze (17) | dodaj komentarz

ZGODNIE Z OBIETNICĄ

czwartek, 16 maja 2013 10:12

 

obiecałam, że jeśli ktoś powie ulubiony kolor

to zadedykuję mu kamienicę

no to dedykuję

 

 

 

 

Ewa Ozonka lubi popiele i czerwienie - mówisz masz Ewciu

 

Ciemny burgund z pięknie zachowanym wystrojem

Właśnie kamienica została wyremontowana, to jedna z bardziej  ozdobnych kamiec rynkowych w Nowej Rudzie

 

 

 

 

Dla Lusi Jej ulubione oliwkowe zielenie.

Lusiu - zgodnie z życzeniem w przebogatej secesyjnej kamienicy, już dość dawno wyremontowanej.

 

Właściwie to fragment kamienicy zamykającej pierzeję świdnickiego Rynku, kamienica jest bardzo wysoka, w narożniku ma kopułę a na kopule Bożek Hermes strzeże wszystkich spacerujących po Rynku.

 

 

 

 

Tomku - pałac w kolorze miodu,

który dają nam Twoje pszczółki-kochaneczki.

Tutaj trochę wyzłociłam tło, w rzeczywistości kolor tła jest dużo spokojniejszy.

 

 

 

 

Krysia cała jest w niebieskim niebycie.

Zmajstrowałam dla Niej niebieski ratusz. Takiego Konserwator by mi nie pozwolił zmajstrować, bo inne kolorki w badaniach się pokazały. Ale zgodnie z obietnicą nieba kawałek mogę przychylić.

 

 

                                       *

 

Wpis jest otwarty, jeśli ktoś ma życzenie dostanie następną kamienicę, jeśli takiego koloru nie mam to przerobię i będzie wtedy mógł zobaczyć jak "by"

wyglądała w jego barwach

 

 

 

. .z przyjemnością polecam - Malina M*.

    

jeśli podobał Ci się ten wpis

to wejdź     i zagłosuj

 

 


oceń
55
2

komentarze (44) | dodaj komentarz

SEN PORUCZNIKA

niedziela, 12 maja 2013 22:06

 

tak nazwałam sobie tę zieloną kamienicę 

Każdą z kamienic jakoś tam sobie nazywam.

 

Klasztor w Krzeszowie, dla przykładu, to była jajecznica ze szczypiorkiem, czyli pierwsze skojarzenie, jakie mi się nasunęło, gdy odkryły się barokowe kolory - mocny trawiasty zielony i wściekły słoneczny ugier.

 

 

 

 

Nie muszę już nawet mówić, jak koszmarny był to sen.

 

Wystrój doszczętnie zniszczony!

Dwa rachityczne, zamazgane gzymsiki, bułowate, płaskie jak patelnia "coś" zdobiące mansardowy dach i jeszcze te wymalowane na buraczano opaseczki.

 

Ani pilasterka, ani lizenki - nic !!!

goło i niewesoło - gładka jak pupa niemowlaka!

 

 

     

 

 

Szczęściem znalazła się dobra ikonografia i udało mii się odwzorować rysunek dawnego wystroju.

Dokładnie i w proporcji. Wprowadziłam podłużne lizeny, zakończone płycinami, imitującymi głowice. Okna dostały profilowane, szerokie opaski a piano nobile, czyli pierwsze piętro, otrzymało dodatkowo półłukowe zwieńczenie okien z wypełnieniem w kolorze głowic.

 

Stare wymalowanie na fotografii sugerowało zielenie.

Więc w kierunku zieleni sobie poszłam.

A dlaczego niby *sen porucznika* ???

mógł być na ten przykład podchorąży. 

Cóż, podchorąży zawsze zdąży ale ja nie podchorąży.

Mogłam niechcący zapeszyć więc porucznik wydał mi się bezpieczniejszy.

 

 

 

 

W tej kamienicy udała się bardzo fajna rzecz.

Otóż trzy okna udało się zachować, są autentyczne, pozostałe odtworzone są w charakterze tych pierwotnych 

i tworzą spójną całość.

 

                                   *

 

A teraz dwie inne kamienice.

Jeszcze cieplutkie, prosto z komputera.

Właśnie przesłałam Wykonawcy ostatnie poprawki i rozpocznie się remont. Cieszę się, bo te dwie, chociaż miały wystrój to też były bardzo nijakie.  

 

 

    ` 

 

 

Tu jednak wystarczył tylko projekt wzmocnienia konstrukcji ściany, program wzmocnienia tynków i program konserwatorski renowacji detalu.

Musiałam też coś zrobić z bezstylowymi parterami i uporządkować ten niezbyt artystyczny bałagan.

 

Resztę wydobył już kolor.

 

 

 

 

Uśmiecham się do Was 

wymyślcie nazwy tym moim dwóm kamieniczkom

bardzo jestem ciekawa

 

  

. .z przyjemnością polecam - Malina M*.

  

jeśli podobał Ci się ten wpis

to wejdź     i zagłosuj


oceń
46
0

komentarze (37) | dodaj komentarz

TEMAT NA DŁUŻSZĄ NOTKĘ

piątek, 10 maja 2013 15:08

 

co zrobić z kamienicami szarymi i nijakimi,

zabytkowymi ale z elewacjami odartymi ze wszystkiego, co dawny zabytek przypomina. Kilka takich właśnie kamienic trafiło mi się przy okazji rewaloryzacji pierzei rynkowych w Nowej Rudzie.

 

Elewacje o bogatym wystroju to stanowczo dużo prostsza rzecz dla projektanta. Robota mrówcza, skomplikowana ale przynajmniej wiadomo co zrobić. A tu ???

 

Zacznę od kamienicy Rynek 4.

Prace remontowe przy tej kamienicy już zostały ukończone, można więc zobaczyć w naturze

efekt zmagań projektanta.

 

 

 

 

To jest projekt, zrzut bezpośrednio z mojego monitora.

Tak widzę, kiedy rysuję w programie auto-cad.

 

Zanim jednak do tego doszłam droga była długa i trochę z kolcami. Cóż – w mojej pracy trzeba przeważnie wykombinować kilkanaście wersji a potem wybrać tę najbardziej odpowiednią, zwykle okazuje się, że najprostszą i jedną z pierwszych.

 

Popatrzcie teraz na zdjęcie poniżej.

Do każdego projektu takiej elewacji, oprócz rysunków, sporządza się również dokumentację fotograficzną

stanu istniejącego obiektu.

 

Tak wyglądała elewacja kiedy projekt rozpoczynałam i przyjechałam zrobić pomiary do inwentaryzacji.

 

 

      

 

 

Koszmar, łzy i czarna rozpacz !

 

Gołym okiem widać, że tynki współczesne a z wystroju śladu nie zostało. Co zrobić, żeby kamienicy minimum dawnego wyglądu przywrócić nie uprawiając przy tym radosnej twórczości ?

 

Ano, trzeba poszukać w literaturze, ikonografii, w starych materiałach, których sporo w przepastnych szafach Konserwatora Zabytków.

 

 

 

 

 

Jeśli zachowały się stare tynki to trzeba też zrobić badania, uczenie zwane badaniami stratygraficznym.

 

Określa się w nich wszystkie warstwy tynków, od najstarszej, do najmłodszej, określa się czas powstania tych warstw a także pobiały albo warstwy kolorystyczne, jeśli tynki były malowane. Po tych badaniach wiemy czy i kiedy elewacja była remontowana, wiemy też jak w poszczególnych okresach wyglądała. Zwykle w projekcie przywracamy kamienicy najstarszy warstwę, czyli najstarszy wygląd. Ale nie zawsze, czasem młodsza warstwa zasługuje na wyróżnienie. Od tego jest jeszcze ikonografia, teksty źródłowe no i wytyczne oraz wiedza Konserwatora Zabytków który jest, w procesie projektowania, wielką pomocą dla projektanta.

 

Ta moja kamienica nie miała przeprowadzanych badań bo, jak wynikało z odnalezionych materiałów, w latach 60 tych przeprowadzony gruntowny remont pozbawił ją pierwotnych tynków i wystroju.

 

Na starej ikonografii widać jednak, że miała i opaski okienne i takie bardzo ciekawe sterczyny.

 

 

       

 

 

Tak wygląda wydruk planszy projektowej. Oczywiście wykonawca nie bazuje na kolorze wydrukowanym, bo drukarka przekłamuje. Kolory określone są w projekcie według koloratora odpowiednim symbolem.

  

A to już kamienica świeżutko „po”

Jeszcze wszystko nie jest wykończone ale efekt już widać.

 

 

     

 

 

Zdjęcie nieco zamglone, bo robione wczesną wiosną przy kiepskiej pogodzie. Było tak zimno i tyle miałam biegania po budowach, że pstrykałam bez kadrowania i bez zastanawiania się jak wyjdzie.

 

 

 

 

 

Tu nico lepiej widać naturalny kolor,

piękną neogotycką czerwień i prosty detal, który nawiązuje formą do niegdyś zdobiącego elewację.

Szczególnie dobrze widać kubiczne sterczyny, charakterystyczną niegdyś cechę tej elewacji. Dlaczego je usunięto, trudno powiedzieć, może były tak zniszczone, że zagrażały przechodniom.

Patrząc na elewację nie mamy wątpliwości, że detal jest współczesną rekonstrukcją. Nie próbuje udawać starego wystroju. I tak powinno być.

 

 

 

 

 

Tylko trochę mi smutno, że nie udało się okien takich jak pokazałam na rysunku. Ale zawsze jest coś za coś, koszty zaważyły niestety. Jak przyjechałam okna już były, nie było sensu marudzić i się wymądrzać.

 

 

 

 

Lubię tak stanąć pod „moim” obiektem,

lubię popatrzeć sobie w górę …

Nawet pod słońce. Nawet jeśli muszę udawać, że okna są jak w projekcie. A nie są biedaki.

 

Każda kamienica ma awers i rewers.

Z tyłami bywa niestety jeszcze gorzej niż z frontami. Powiem nawet, że jest fatalnie. Koszmarne podwórka, walące się oficyny. Elewacje kamienic obgryzione obdrapane, brudne. Rozpacz wyłazi z każdego kąta.

 

 

 

 

Popatrzcie choćby na ten piękny portal z czerwonego, noworudzkiego piaskowca. Jego prawie nie widać, tak jest zaciapany współczesną zaprawą.

 

Ktoś kiedyś „odremontował” tę tylną elewację i nie przejmował się zbytnio jakimś tam durnym portalem kamiennym. Świadek przeszłości tylko mu zawadzał. Bo swoją drogą konserwacja takiego portalu a pokrycie go tynkiem to w kosztach niebo a ziemia, nawet porównać się nie da. Prawidłowa konserwacja kamienia jest bardzo kosztowna. Kto by się tam kiedyś tylnymi elewacjami zajmował. Zatynkować i spokój.

 

 

Powoli, powoli, jednak i na tyłach coś cię zaczyna.

Z morza brudnej szarości zaczynają powoli wyłazić kolory.

 

 

 

 

Tu widać jak wylazła czerwień mojej kamienicy .

Widać też zieleń drugiej. Kremowa nie jest „moja”.

 

Kamienice nie choinki, nie wolno ubierać je w ozdoby, których kiedyś nie miały. Tylne elewacje są więc zwykle prościutkie, bez wystroju. Czasem tylko w kamienicach, które niegdyś należały do bogatszych osób trafiają się opaski okienne albo portale przy drzwiach do sieni. Takie portale jak ten kamienny, który pokazałam.

 

 

Dłuższą notkę podzieliłam na części.

Jutro opowiem o tej drugiej kamienicy. 

O zielonej kamienicy Rynek 4.

 

 

. .z przyjemnością polecam - Malina M*.

  

jeśli podobał Ci się ten wpis

to wejdź     i zagłosuj


oceń
49
6

komentarze (40) | dodaj komentarz

SUPLEMENT LIRYCZNY

środa, 08 maja 2013 14:00

 

i nieco nostalgiczny

do poprzedniego wpisu

 

W poprzedniej notce opowiadałam o moich kabaretowo teatralnych popisach. Poszukałam wczoraj w starych albumach i dwa stare zdjęcia znalazłam.

 

Tu oto, na moim młodszym braciszku ćwiczę sceniczne uwodzenie. Koleżanka z aprobatą się nam przygląda.

 

 

 

 

Drugie zdjęcie jest kiepskie

ale za to bardzo pamiątkowe.

 

Na drugim jestem w akcji, czyli jako Maria Kalergis w  szkolnej inscenizacji utworu Norwida „Beatrix”.

 

Pomyśleć – początek lat siedemdziesiątych.

 

Obok mnie mój przystojny Kolega, którego wcześniej na scenie uwodziłam a nawet pogłaskałam po buzi.

Nasz inny kolega, ten z mojej paczki, zasadził się, by moment głaskania uwiecznić.

Nie udało mu się, hi, hi, perfidnie odwróciłam się w drugą stronę. Ale się zemścił - przykucnął i zrobił to zdjęcie z żabiej perspektywy. Wyglądam nieszczególnie w takim skrócie ale nie ma to znaczenia więc fotkę pokazałam.

 

W tle nasz szkolny gabinet języka polskiego.

Ech – ta młodość !

 

 

 

 

 

A teraz lirycznie i nieco nostalgicznie

wspomnę sobie tekst utworu.

 

 

                       Beatrix

 

 - Utwory pana czytałam starannie

Lecz nie ma słówka w nich do Beatrycze:

Jakbyś pan nigdy żadnej pięknej pannie

Nic nie napisał... a ja - na to liczę.


- Pani! twą naprzód niech mi wolno będzie

Uścisnąć rękę za tak wiele trudu...

 

- Trudu?...


...Zapewne - bo nigdzie i wszędzie

Utwory moje.- Jam nie śpiewak ludu,

Którego piosnkę kiedyś kmieć powtórzy,

Obejmie tęcza, wicher poda burzy;

Ni śpiewak ludzi nie znanych ludowi...


- Tomów in quarto - tomów in octavo

Nie wyśpiewałem... jak poeci owi.

Pieśń ma tam - ówdzie. Krakowie, Warszawo,

Poznaniu, Wilno i ty, Carów miasto!

Wiecie, żem sercem rzucał bez rachuby...


- A pani mówisz: że mię znasz?... Niewiasto!

Niewiasto!... tom ci napisałem, gruby...

Jak grób człowieka -

Tu - pozwól mi, pani,

Że ci zaśpiewam Odę do kobiety -


- Słucham.


- ...Myśl sama już serce mi rani...

Nie będę śpiewał: "O! ty - ty - a nie ty..."

(Początek znany i który zużyto) -

Zacznę inaczej...


- Zacznij pan: kobieto!...


- Pani! - tak kończy się, nie zaś zaczyna,

I w tym jest cała trudności przyczyna...

 

- Zacznij pan, jak się zdawać panu będzie...


- Pani! - tak zacznę, jak kończą łabędzie...

 


Oda


Kiedy za kółkiem biegałaś po darni,

Cała w warkoczach,

Mówiłem tobie: Włos sobie odgarnij!" -

I łzym miał w oczach.


Brat twój, od rana ci błogosławiłem

Młodości cnotą;

A tyś urosła i nie wiesz, czymć byłem...

Brzydka istoto!


Rad bym ci za to wziąść te złote sploty

I obciąć nożem -

Albo uknować jakie wielkie psoty

Z aniołem-strożem...


Bo byłem smutny - a kto przyszedł do mnie?

Nie ty - o pani!

Gdy krew i ogień, i fala koło mnie

Wrzały z otchłani...


Bo byłem blady - a róża zza kraty

Dała mi wonie;

I w puszczach byłem, a mech mi brodaty

Kładł się pod skronie...


I smutki ludzkie, prawie smutki Boże -

Znam po nazwisku;

Zawiści chude brałem na obroże

W piekieł ognisku.


"Eurydyce! - miałbym mówić prawo -

Pozdrów mię, proszę..."

I Andromacy rzec: "Ksieni! łaskawo

Patrz, ile znoszę..."


Nie jak Eneasz, ja piekielne groty

Przeszedłem - o! nie:

Bo żałowaliście mi rózgi-złotej,

I ziół na skronie.


Gdym nogę bosą stawił z dumą wielką

Na zamieć czasów,

A nie splamiłem ci łzy mej kropelką

Wstążek, atłasów!...


Anim gazowy oberwał ci welon,

By otrzeć skronie,

Choć nie duch jestem, ale jestem wcielon,

Pomny o zgonie...


Dlatego znam cię, Realności-wdowo!

I znam twą śliczność,

I powiem tobie tylko jedno słowo:

"Tyś... jak... publiczność."

  


Norwid Cyprian Kamil

 

 

 

. .z przyjemnością polecam - Malina M*.

  

jeśli podobał Ci się ten wpis

to wejdź     i zagłosuj


oceń
29
1

komentarze (24) | dodaj komentarz

JUŻ ZA DZIEŃ

poniedziałek, 06 maja 2013 16:27

 

matura

Eeech – kasztany w tym roku nie zakwitły!

Ale co tam kasztany, skoro wiedza w młodych głowach kwitnie i jutro wyda pierwsze owoce.

Jednym piękne i dorodne, innym takie sobie, zwyczajne,

a jeszcze innym nieco robaczywe.

 

To zdjęcie zrobił mi Kolega,

właśnie dzień przed naszą maturą.

Kolega spaceruje teraz po niebieskich łąkach a mnie została pamiątka. Lubię to zdjęcie.

Przypomina mi moją klasę, tamten czas kwitnienia kasztanów i przyjaźnie, które zostały na całe życie.

 

 

 

          

Teraz zupełnie inne są matury, inne wyzwania, czego innego oczekuje się od ludzi, wchodzących w życie.

 

Za moich czasów maturę zdawało się pisemnie i ustnie.

Zdawałam z języka polskiego, matematyki i przedmiotu

do wyboru, czyli, u mnie, fizyki. Uffff – fizyka to był koszmar, coś czego bałam się najbardziej.

 

Język polski to była przyjemność, wtedy na maturach zwykle był „wolny temat” czyli temat bardzo bezpieczny. Trudno zrobić błąd, chyba, że ortograficzny. Nasza Polonistka uczyła nas wyrażania myśli w sposób barwny ale syntetyczny. Wypracowania wcale nie musiały być tasiemcowe. Promowała te krótkie i celne. Uczyliśmy się robienia konspektu, pisania długiego tekstu a potem obierania tego tekstu ze zbędnych słów, tak, jak obiera się z łusek cebulę. Na maturze trafił mi się temat „Moja wersja sceniczna Wesela” – temat absolutnie bezpieczny, bo skoro moja to NIKT nie może mi zarzucić sposobu widzenia. Hi, hi, postarałam się syntetycznie i tekst pracy maturalnej miał tylko jedną stronę. Najkrótsza, w mojej szkole, matura z języka polskiego. Trochę się obawiałam, czy z syntezą nie przeholowałam ale okazało się, że nie i dostałam stopień, jaki sobie wymarzyłam.

 

Za to z matematyki, mojej królowej nauk, wręcz przeciwnie, oddałam najwięcej kartek.

Musicie wiedzieć, że u nas dostawało się wtedy dwie oznaczone kartki, po każdą następną trzeba było przemaszerować przez całą salę, do komisji egzaminacyjnej. Jak maszerowałam dwunasty raz to mój ulubiony Matematyk  miał dziwne chochliki w oczach i widziałam, że najwyraźniej chce się roześmiać.

Bo wszystko przez Niego.

To on nas uczył – zapomniałaś wzoru, nie potrafisz prostą drogą, to przez krzaki ale idź, sama wyprowadzaj – nie jest ważne jak, ważne, że dojdziesz do celu.

Dał mi popalić w czasie szkoły, czasem, jak już polazłam przez te krzaki i wyprowadzałam sobie i jeszcze zachwyciłam się, że dobrze – odbieram klasówkę – pała. No cudnie ! a dlaczego pała ?

ano w ferworze walki, zapomniałam jednej, małej uwagi – dziedzina R !!! Dla mnie to była oczywista, oczywistość. Dla Niego oczywiście NIE.

W zbiorze liczb urojonych twój dowód jest psu na budę, oświadczył mi słodko, myśleć trzeba, myśleć !

a jak się nie myśli to dwója.

No to już potem myślałam. Na maturze, na wszelki wypadek, na dwanaście kartek myślałam. Do dzisiaj wdzięczna jestem mojemu Matematykowi za tę klasówkową dwóję no i za te krzaki, oczywiście.

Dzięki temu dostałam się potem na wymarzony kierunek studiów.

 

Wspaniali byli moi nauczyciele.

I Polonistka, i Matematyk.

 

Poświęcali nam tyle swojego czasu, zależało im na nas, zależało by jak najwięcej nam przekazać. Nie tylko kółka nam organizowali, spotykali się z nami po lekcjach, całkiem bezinteresownie. Nikt im za to nie płacił.

Polonistka Stefania przynosiła nam do szkoły swoje prywatne płyty Niemena, ona, starsza wówczas Pani, spróbowała między przebojami przemycić „Bema pamięci żałobny rapsod” a my słuchaliśmy z wypiekami. A potem, na lekcjach nikt nie miał z Norwidem kłopotu.

Monologi romantyczne – cudowna płyta, w cudownym wykonaniu Ignacego Gogolewskiego. Ten głos, zwłaszcza w dziewczęcych sercach, wywoływał leciutki dreszcz i nagle sprawą istotną życiowo stawał się dylemat – czy Kordian poczuł coś i wszedł na górę, czy też odwrotnie, wszedł i wtedy poczuł. Czy wyobrażacie sobie teraz młodzież która by sobie taki problem wymyśliła? A my zażarcie kłóciliśmy się po lekcjach całe popołudnie, aż w końcu zapadł zmrok i chłopcy musieli Panią i nas do domu odprowadzić, bo ciemno się zrobiło ….

Eeech … ta nasza młodość.

 

Bardzo ceniła gdy na klasówkach pisaliśmy o poetach, czy pisarzach, nie objętych programem, nawet ideologicznie niewskazanych.  Czytaliśmy wtedy swoje wypracowania, na głos, Pani dopowiadała i dyskutowaliśmy. Lubiliśmy szczególnie, gdy dyskusja schodziła na wiersze miłosne, dość, jak na owe czasy, śmiałe. Czekaliśmy na te lekcje. I na popołudniową zabawę w teatr. Nie zapomnę jak grałam panią de Calergis  w utworze Norwida.  W pewnym momencie miałam koledze, znaczy Norwidowi, posłać uwodzicielskie spojrzenie, wziąć go namiętnie za rękę a potem pogłaskać po twarzy. Noooo nie powiem, dochodziłam do tego głaskania i - stop!!! nie wychodziło mi za czorta, chociaż kolega Norwid diablo był przystojny. W końcu Pani postanowiła mi pokazać, jak to się robi, ale też trochę była zażenowana i skończyło się ogólnym śmiechem. Cóż, Pani nie miała pojęcia, że w trzeciej ławce siedzi kolega, którego Amor strzałą celnie ugodził i ja w żaden sposób nie mogę głaskać po buzi innego kolegi, choćby i samym Norwidem był. Takie były czasy, dzisiaj to pewnie całkiem dziwne się wydaje.

 

O fizyce to raczej powinnam zamilczeć.

Uczyliśmy się jej w trójkę, Kolega od zdjęcia, Kolega od Amora i ja. Przez całą szkołę byliśmy nierozłączną trójeczką. Chłopcy wiedzieli, że jestem straszna panikara i ten od Amora, na wszelki wypadek, przesłał mi ściągę. I dobrze zrobił, bo miałam błąd.

Niestety Polonista, z innej klasy, zauważył moje nagłe zainteresowanie. Ja niestety, nie zauważyłam zainteresowania Polonisty a jak już zauważyłam to było za późno. Zmartwiałam. Musiałam mieć strasznie głupią minę, bo nagle usłyszałam jego szept – Anka pisz szybciej bo zaraz koniec!

Skąd on mnie zna do diaska!!! pomyślałam w panice.

Wiem skąd. Na szkolnych występach kabaretu grywałam w „Zielonej Gęsi”. Pół szkoły zaśmiewało się gdy ja, jedna z najwyższych dziewczyn, jako ekscentryczna baronowa Idalia występowałam z równie ekscentrycznym baronem, o wzroście, mniej więcej, do mojego ramienia. A wtedy wysoki wzrost dziewczyny to nie był atut, występowałam w ramach ćwiczenia dystansu do siebie.

 

Eeeech !!! …

kasztany, matury, koledzy od zdjęć, od Amora …

Dobrze jest mieć takie wspomnienia.

Dobrze jest czasem do nich wracać,

gdy kasztany nie chcą zakwitnąć.

 

 

. .z przyjemnością polecam - Malina M*.

  

jeśli podobał Ci się ten wpis

to wejdź     i zagłosuj

 

Z OSTATNIEJ CHWILI:

uczniowie już wchodzą na sale, każdy ma coś na szczęście!

Ja pamiętam, że miałam na maturze nie maskotkę,

tylko figurkę Świętego Antoniego, taką bardzo maleńką,

2 centymetrową. To była figurka mojego Dziadzia. Przeszła z Nim kilka frontów i pierwszej i drugiej wojny.

To właściwie nie była już figurka,

tylko mała bryłka ołowiu.


oceń
27
0

komentarze (24) | dodaj komentarz

DWUKOLOROWA KOKARDA

piątek, 03 maja 2013 16:41

 

narodowe barwy,

biel orła na czerwonym polu tarczy

czystość i krew

 

Kokardą powinniśmy prawidłowo nazywać nasz narodowy, biało-czerwony, kotylion ale przyjęło się inaczej.

Nieważne, najważniejsze, że przypinamy go z dumą w nasze narodowe święta. Ważne, że dumę czujemy z naszych narodowych symboli. Dumę, radość i patriotyzm.

I coraz częściej chcemy tę radość i ten nasz patriotyzm wynosić na zewnątrz i dzielić się z innymi.

Bo radość dzielona na pół, to podwójna radość.

 

Z mlekiem mamy wyssałam patriotyzm i umiłowanie wolności.  Ale nie tylko to, od dziecka słyszałam jak ważna jest wdzięczność i to, bym potrafiła cieszyć się z tego dobra, które dostaję.

 

Bo jeśli nie potrafię docenić, to znaczy że nie jestem tego warta. Jeśli pogardzę drugi raz mogę nie dostać. Jeśli nie otworzę szeroko oczu na radość to nie dostrzegę też innych ważnych i wielkich rzeczy a cierpienie

szybciej mnie zniszczy.

 

 

 

 

Co by było, gdybym żyła w tamtych czasach.

Gdyby moja młodość przypadła na czas walki ?

 

Wielcy romantycy, dziewica bohater, ideały, młodość chmurna i wcale nie taka durna. A może pozytywizm i wydzieranie dobra kawałek po kawałku. Kto to wie?

 

Dziękować Bogu żyję czasach wolnej, dumnej i silnej Ojczyzny. Silnej jak nigdy. Nie znam wojny ale pamiętam czasy słusznie minione. Pamiętam represje, pamiętam nagonki na mieszkania gdy 3-go maja wywiesiło się flagę.  

Dziękuję więc Bogu, że dane mi jest cieszyć się wolnością, cieszyć się tym, o co moi przodkowie walczyli. Cieszę się więc z całego serca i chciałabym tą radością częstować jak kawałkiem czekolady.

 

Biedni są ludzie, którym przeszkadza cudza radość.        

Którzy z wykrzywioną twarzą zrobią wszystko by drugiemu tę radość zniszczyć, zabrać. Staną na głowie by udowodnić że ich grymas to najprawdziwsza prawda i wielka narodowa wartość, ba nawet bohaterstwo. Biedni, cieszyć się nie potrafią to kąsają. Nie wiedzą, że to nie boli a ich jad wraca do nich jak bumerang.

 

 

Dzisiaj była Msza Dziękczynna za Ojczyznę – w tym samym miejscu, gdzie 222 lata wcześniej przybyli Polacy by podziękować za uchwalenie Konstytucji.

Nie wszyscy wtedy przybyli, ci, którym radość solą w oku stanęła poszli gdzie indziej, nie potrafili ani cieszyć się, ani dziękować, potrafili za to knuć.

Dzisiaj, o ironio „pierwszy bolszewik” Rzeczpospolitej przyjął Komunię w intencji Ojczyzny.

„Pierwszego katolika” nie było stać, by w tym świętym miejscu, na pamiątkę tego, co tu się kiedyś działo, stanąć i Bogu publicznie podziękować.

 

Polska nie jest już pstrym pawiem narodów

jak niegdyś, pod zaborami, była

i nie jest gadającą papugą jak zaraz po wojnie.

Jest wolnym ptakiem.

Wielkim dumnym, pięknym, białym orłem.

Dumnym to nie znaczy nadętym. Dumnym, to z jednej strony dalekim i niedoścignionym a z drugiej i bliskim i radosnym przez swoje piękno.

 

 

 

 

Z mlekiem mamy wyssałam patriotyzm.

Dzisiaj nie muszę walczyć z wrogiem, bo go nie ma.

 

Dzisiaj walczę z czasem i głupotą i jak ta mrówa pracuję by jak najwięcej tego naszego dziedzictwa ocalić. Dzisiaj cieszę się, jak powstają nowe przedszkola, które wyszły spod mojej ręki, jadę zaprojektowana przez siebie ulicą, idę do apteki nad którą spoooro się namęczyłam a stojąc w kolejce przed, okienkiem bankowym, myślę sobie oj, zęby sobie prawie połamałam na projektowaniu skarbca. Pamiętam świat mojej młodości szary, bezbarwny, domy tylko na szaro i beżowo, odpowiednia ilość metrów na osobę ani centymetra w bok. A teraz – miasta rozkwitły

i rozbłysły, jak wyciągam stare zdjęcia, które robiłam przed projektami, to nie  chce mi się wierzyć.

 

Czy my to widzimy ? – nie

Czy my za to dziękujemy ? – nie

 

Jedno, co potrafimy doskonale, to skrytykować tych, którzy dziękują. Tylko że krytykować to łatwizna, każdy potrafi, ale zbudować coś pozytywnego to już nie. Najwyżej powiedzieć jak to by się zbudowało. Tylko że tymi „by” wybrukowane jest dno piekła.

 

Wielu polityków i  publicystów wybrzydza i wykrzywia się na akcję ORZEŁ MOŻE krytykują i wyśmiewają .. w ich oczach jest drwina i złość i pogardliwe zawołanie o lemingach. Biedni ludzie zamiast radości w sercu zalęgło się co innego, nie potrafią znieść radości cudzej.

Nie potrafili zbudować swojego zamku, to wzięli łopatki i wiaderka z wodą i popsują cudzy zamek. Ale ktoś kto raz zbudował, zbuduje i drugi, bo potrafi, A ten co psuje będzie psuł cudze i tyle czasu zajmie mu to psucie, że własnego nie zbuduje, bo zapomni na czym budowanie polega.

 

Dzisiaj słuchałam naukowca

z Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego.

Powiedział słowa, które bardzo mi się spodobały

 

„ten orzeł z czekolady jest symbolem radości”

 

Więc kto potrafi cieszyć się niech się cieszy!

Albo tym orłem, albo swoim orłem, jakikolwiek by on był,

mały, duży, na ryngrafie, na sztandarze, na sercu,

w sercu, na chorągiewce czy na koszulce sportowca.

Każdy jest nasz, każdy jest biały.

 

A jeśli już cieszyć się ktoś nie potrafi,

niech cudzej radości nie niszczy!

bo wychodzi na zazdrośnika

i psa ogrodnika …

 

 

. .z przyjemnością polecam - Malina M*.

  

jeśli podobał Ci się ten wpis

to wejdź     i zagłosuj


oceń
54
4

komentarze (33) | dodaj komentarz

SEYM STYLE FASCHION

środa, 01 maja 2013 10:15

 

Wiosna przytuptała. 

Zaświeciło!  zagrzmiało!  zapachniało! 

Wszystko co mogło wylazło z ziemi, nawet zachwycone

rosówki wystawiły się do słońca.

 

W czasach słusznie minionych kobiety,

a nawet posłanki, siadały z wiosną na traktory, a teraz?

Teraz, w demokracji, posłanki na wybiegi ruszyły.

 

Kurcgalopkiem.

I te z koalicji, i te z opozycji.

 

Na wybiegu, jak to na wybiegu – pełen lans!

Tam nie ma już zwyczajnych posłanek, tam są celebrytki.

Sic! celebrytki!!! a celebrytka od razu musi brzmieć dumnie i koniecznie zagranicznie. Nie żadna tam pospolita Małgosia czy Joasia, musi tajemnicza Margo albo Dżoana.

Pokaz, to nie pokaz, to oczywiście projekt projektanta i oczywiście projekt z tytułem przyciągającym, jak magnes. No to proszę:

 

„The Face of Poland – live style faschion”.

 

Prawda, że to jest to! Żadną myszką nie trąci, ani zaściankiem, na ten przykład, nie zalatuje.

Po prostu strzał w dziesiątkę, od razu powala na kolana,

a nawet na tę … na face.

 

No, to skoro tytuł projektu już jest to teraz modelki

anawa czyli wpieriod marsz !!!

 

 

          

 

 

Posłanka Małgorzata – miss style Margo

 

Subtelna elegancja i prostota kroju podkreśla klasę modelki. Delikatne róże rozświetlają twarz i dodają dziewczęcego uroku dojrzałej urodzie modelki. Projektant postawił na pełnię owocu w zestawieniu z rozkwitającą kobiecością. Wprawdzie w modelu bardziej rozkwita kwiecie niż sama kobiecość modelki ale, jak twierdzi projektant, jest to efekt zamierzony.

     

 

      

 

 

Posłanka Joanna – miss style Mouchette

 

Strój modelki harmonijnie łączy wątki sportowe z klasycznymi dodatkami. Projektant umiejętnie ukrył zbyt rzucającą się w oczy naturalną urodę. Niestety oczy modelki to słaby punkt projektanta, ich nieco nachalne piękno zburzyło harmonię całości, jako takiej.

Te oczy to mankament kolekcji, ważnej kolekcji, która,

in spe, stanie się zapytaniem o umowność

i dosłowność piękna.

 

 

      

 

 

Posłanka Beata - miss style Be’a

 

Surowość stylu modelki przełamana została motywami kwiatowymi, oczywiście w partyjnych kolorach posłanki. Projektant wykazał się wielkim kunsztem, wydobywając na światło dzienne wewnętrzne światło modelki. Użył środków tonujących negatywną ekspresję. Pastelowo różowa linia umiejętnie maskuje zbyt agresywne fiolety, co w rezultacie daje efekt harmonijnego ładu osobowości.

 

 

      

 

 

Posłanka Joanna - miss style Dżoan’a

 

Radość o poranku. Kwiat wiśni i ptaki o świcie.

Projektant ulega dominacji modelki i łatwo, chyba zbyt łatwo, poddaje się agresywnej ekspresji.

Do głosu dochodzą tu wyraźnie indywidualne predyspozycje projektanta. Ustawia on modelkę w swoistym kontrapoście, przeciwstawiając silnej linii ramiom łagodną linię bioder. Pikanterii dodaje modelce trzymany w dłoni pejcz.

 

      

        

 

 

Posłanka Elżbieta - miss style Ellian’a

 

Styl biznesowy, oszczędność formy zrekompensowana została bogactwem tkaniny i szalonym nakryciem głowy. W ten sposób projektant wyartykułował atuty modelki, wyraźną dominację partii głowy nad pozostałymi partiami, które to partie zostały przez niego potraktowane wyłącznie jako dopełnienie formy.

Doskonała synteza id i ego, projektanta oczywiście.

 

 

      

 

 

Posłanka Beata - miss style Beciaa’s 

 

Radosny luz, dziewczęca koszulka i dyskretna biżuteria. Kwiaty są tu najważniejsze. Projektant zdaje się mówić – cała jestem radosnym kwiatem, słowa w kwiaty zamieniam. Tyle tych słów … tyle kwiatów … tyle słów … Zarzucę was kwiatami.   

 

 

      

 

 

Posłanka Ewa – miss style Evelyyn

 

Odważna kreacja łączy elementy delikatnej kobiecości z kontrastowym obuwiem i nakryciem głowy. Całości stroju dopełnia wysmakowana fryzura.

Projektant wydobył mocne atuty modelki, siłę charakteru i stanowczość. Elementem eksponującym odwagę są tu różowe kalesonki śmiało prążkowane, rzec by można, patentowane. Zderzenie męskiej siły i bardzo kobiecych koronek, w dessous koloru ecru, to Mars i Wenus,

dwa w jednym… albo cóś …         

  

 

                                      *

 

Osa mnie użarła i to jej wina, że wyszło nieco ironicznie o celebrytach i o celebrowaniu słowa.

Jako tło posłużyła mi piękna kolekcja a także, z pełnym uszanowaniem, nasze Panie Posłanki.

 

Kolekcja już dawno wpadła mi w oko, zapadła głęboko w serce, niestety, nie zahaczyła po drodze o umysł. Nie zapamiętałam Projektanta.

Choć genialny, pozostanie więc bezimienny.

A posłanki? posłanki podglądałam już tak długo, że z łatwością dobrałam odpowiednie modele, do odpowiednich modelek …

 

czyż nie ???

 

 

. .z przyjemnością polecam - Malina M*.

 

 

jeśli podobał Ci się ten wpis

to wejdź     i zagłosuj


oceń
30
0

komentarze (27) | dodaj komentarz

sobota, 22 lipca 2017

O moim bloogu

w malinach, jak to w malinach - pachnąco i kłująco

Statystyki

Odwiedziny: 312433
Wpisy
  • komentarze: 7195
Bloog istnieje od: 2009 dni
Najlepsze Blogi

MOJE BLOGI

* ZAPRASZAM

powiadomienie o nowym wpisie

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Film

Pytamy.pl