Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 269 900 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

SUPLEMENT LIRYCZNY

środa, 08 maja 2013 14:00

 

i nieco nostalgiczny

do poprzedniego wpisu

 

W poprzedniej notce opowiadałam o moich kabaretowo teatralnych popisach. Poszukałam wczoraj w starych albumach i dwa stare zdjęcia znalazłam.

 

Tu oto, na moim młodszym braciszku ćwiczę sceniczne uwodzenie. Koleżanka z aprobatą się nam przygląda.

 

 

 

 

Drugie zdjęcie jest kiepskie

ale za to bardzo pamiątkowe.

 

Na drugim jestem w akcji, czyli jako Maria Kalergis w  szkolnej inscenizacji utworu Norwida „Beatrix”.

 

Pomyśleć – początek lat siedemdziesiątych.

 

Obok mnie mój przystojny Kolega, którego wcześniej na scenie uwodziłam a nawet pogłaskałam po buzi.

Nasz inny kolega, ten z mojej paczki, zasadził się, by moment głaskania uwiecznić.

Nie udało mu się, hi, hi, perfidnie odwróciłam się w drugą stronę. Ale się zemścił - przykucnął i zrobił to zdjęcie z żabiej perspektywy. Wyglądam nieszczególnie w takim skrócie ale nie ma to znaczenia więc fotkę pokazałam.

 

W tle nasz szkolny gabinet języka polskiego.

Ech – ta młodość !

 

 

 

 

 

A teraz lirycznie i nieco nostalgicznie

wspomnę sobie tekst utworu.

 

 

                       Beatrix

 

 - Utwory pana czytałam starannie

Lecz nie ma słówka w nich do Beatrycze:

Jakbyś pan nigdy żadnej pięknej pannie

Nic nie napisał... a ja - na to liczę.


- Pani! twą naprzód niech mi wolno będzie

Uścisnąć rękę za tak wiele trudu...

 

- Trudu?...


...Zapewne - bo nigdzie i wszędzie

Utwory moje.- Jam nie śpiewak ludu,

Którego piosnkę kiedyś kmieć powtórzy,

Obejmie tęcza, wicher poda burzy;

Ni śpiewak ludzi nie znanych ludowi...


- Tomów in quarto - tomów in octavo

Nie wyśpiewałem... jak poeci owi.

Pieśń ma tam - ówdzie. Krakowie, Warszawo,

Poznaniu, Wilno i ty, Carów miasto!

Wiecie, żem sercem rzucał bez rachuby...


- A pani mówisz: że mię znasz?... Niewiasto!

Niewiasto!... tom ci napisałem, gruby...

Jak grób człowieka -

Tu - pozwól mi, pani,

Że ci zaśpiewam Odę do kobiety -


- Słucham.


- ...Myśl sama już serce mi rani...

Nie będę śpiewał: "O! ty - ty - a nie ty..."

(Początek znany i który zużyto) -

Zacznę inaczej...


- Zacznij pan: kobieto!...


- Pani! - tak kończy się, nie zaś zaczyna,

I w tym jest cała trudności przyczyna...

 

- Zacznij pan, jak się zdawać panu będzie...


- Pani! - tak zacznę, jak kończą łabędzie...

 


Oda


Kiedy za kółkiem biegałaś po darni,

Cała w warkoczach,

Mówiłem tobie: Włos sobie odgarnij!" -

I łzym miał w oczach.


Brat twój, od rana ci błogosławiłem

Młodości cnotą;

A tyś urosła i nie wiesz, czymć byłem...

Brzydka istoto!


Rad bym ci za to wziąść te złote sploty

I obciąć nożem -

Albo uknować jakie wielkie psoty

Z aniołem-strożem...


Bo byłem smutny - a kto przyszedł do mnie?

Nie ty - o pani!

Gdy krew i ogień, i fala koło mnie

Wrzały z otchłani...


Bo byłem blady - a róża zza kraty

Dała mi wonie;

I w puszczach byłem, a mech mi brodaty

Kładł się pod skronie...


I smutki ludzkie, prawie smutki Boże -

Znam po nazwisku;

Zawiści chude brałem na obroże

W piekieł ognisku.


"Eurydyce! - miałbym mówić prawo -

Pozdrów mię, proszę..."

I Andromacy rzec: "Ksieni! łaskawo

Patrz, ile znoszę..."


Nie jak Eneasz, ja piekielne groty

Przeszedłem - o! nie:

Bo żałowaliście mi rózgi-złotej,

I ziół na skronie.


Gdym nogę bosą stawił z dumą wielką

Na zamieć czasów,

A nie splamiłem ci łzy mej kropelką

Wstążek, atłasów!...


Anim gazowy oberwał ci welon,

By otrzeć skronie,

Choć nie duch jestem, ale jestem wcielon,

Pomny o zgonie...


Dlatego znam cię, Realności-wdowo!

I znam twą śliczność,

I powiem tobie tylko jedno słowo:

"Tyś... jak... publiczność."

  


Norwid Cyprian Kamil

 

 

 

. .z przyjemnością polecam - Malina M*.

  

jeśli podobał Ci się ten wpis

to wejdź     i zagłosuj


oceń
29
1

komentarze (24) | dodaj komentarz

JUŻ ZA DZIEŃ

poniedziałek, 06 maja 2013 16:27

 

matura

Eeech – kasztany w tym roku nie zakwitły!

Ale co tam kasztany, skoro wiedza w młodych głowach kwitnie i jutro wyda pierwsze owoce.

Jednym piękne i dorodne, innym takie sobie, zwyczajne,

a jeszcze innym nieco robaczywe.

 

To zdjęcie zrobił mi Kolega,

właśnie dzień przed naszą maturą.

Kolega spaceruje teraz po niebieskich łąkach a mnie została pamiątka. Lubię to zdjęcie.

Przypomina mi moją klasę, tamten czas kwitnienia kasztanów i przyjaźnie, które zostały na całe życie.

 

 

 

          

Teraz zupełnie inne są matury, inne wyzwania, czego innego oczekuje się od ludzi, wchodzących w życie.

 

Za moich czasów maturę zdawało się pisemnie i ustnie.

Zdawałam z języka polskiego, matematyki i przedmiotu

do wyboru, czyli, u mnie, fizyki. Uffff – fizyka to był koszmar, coś czego bałam się najbardziej.

 

Język polski to była przyjemność, wtedy na maturach zwykle był „wolny temat” czyli temat bardzo bezpieczny. Trudno zrobić błąd, chyba, że ortograficzny. Nasza Polonistka uczyła nas wyrażania myśli w sposób barwny ale syntetyczny. Wypracowania wcale nie musiały być tasiemcowe. Promowała te krótkie i celne. Uczyliśmy się robienia konspektu, pisania długiego tekstu a potem obierania tego tekstu ze zbędnych słów, tak, jak obiera się z łusek cebulę. Na maturze trafił mi się temat „Moja wersja sceniczna Wesela” – temat absolutnie bezpieczny, bo skoro moja to NIKT nie może mi zarzucić sposobu widzenia. Hi, hi, postarałam się syntetycznie i tekst pracy maturalnej miał tylko jedną stronę. Najkrótsza, w mojej szkole, matura z języka polskiego. Trochę się obawiałam, czy z syntezą nie przeholowałam ale okazało się, że nie i dostałam stopień, jaki sobie wymarzyłam.

 

Za to z matematyki, mojej królowej nauk, wręcz przeciwnie, oddałam najwięcej kartek.

Musicie wiedzieć, że u nas dostawało się wtedy dwie oznaczone kartki, po każdą następną trzeba było przemaszerować przez całą salę, do komisji egzaminacyjnej. Jak maszerowałam dwunasty raz to mój ulubiony Matematyk  miał dziwne chochliki w oczach i widziałam, że najwyraźniej chce się roześmiać.

Bo wszystko przez Niego.

To on nas uczył – zapomniałaś wzoru, nie potrafisz prostą drogą, to przez krzaki ale idź, sama wyprowadzaj – nie jest ważne jak, ważne, że dojdziesz do celu.

Dał mi popalić w czasie szkoły, czasem, jak już polazłam przez te krzaki i wyprowadzałam sobie i jeszcze zachwyciłam się, że dobrze – odbieram klasówkę – pała. No cudnie ! a dlaczego pała ?

ano w ferworze walki, zapomniałam jednej, małej uwagi – dziedzina R !!! Dla mnie to była oczywista, oczywistość. Dla Niego oczywiście NIE.

W zbiorze liczb urojonych twój dowód jest psu na budę, oświadczył mi słodko, myśleć trzeba, myśleć !

a jak się nie myśli to dwója.

No to już potem myślałam. Na maturze, na wszelki wypadek, na dwanaście kartek myślałam. Do dzisiaj wdzięczna jestem mojemu Matematykowi za tę klasówkową dwóję no i za te krzaki, oczywiście.

Dzięki temu dostałam się potem na wymarzony kierunek studiów.

 

Wspaniali byli moi nauczyciele.

I Polonistka, i Matematyk.

 

Poświęcali nam tyle swojego czasu, zależało im na nas, zależało by jak najwięcej nam przekazać. Nie tylko kółka nam organizowali, spotykali się z nami po lekcjach, całkiem bezinteresownie. Nikt im za to nie płacił.

Polonistka Stefania przynosiła nam do szkoły swoje prywatne płyty Niemena, ona, starsza wówczas Pani, spróbowała między przebojami przemycić „Bema pamięci żałobny rapsod” a my słuchaliśmy z wypiekami. A potem, na lekcjach nikt nie miał z Norwidem kłopotu.

Monologi romantyczne – cudowna płyta, w cudownym wykonaniu Ignacego Gogolewskiego. Ten głos, zwłaszcza w dziewczęcych sercach, wywoływał leciutki dreszcz i nagle sprawą istotną życiowo stawał się dylemat – czy Kordian poczuł coś i wszedł na górę, czy też odwrotnie, wszedł i wtedy poczuł. Czy wyobrażacie sobie teraz młodzież która by sobie taki problem wymyśliła? A my zażarcie kłóciliśmy się po lekcjach całe popołudnie, aż w końcu zapadł zmrok i chłopcy musieli Panią i nas do domu odprowadzić, bo ciemno się zrobiło ….

Eeech … ta nasza młodość.

 

Bardzo ceniła gdy na klasówkach pisaliśmy o poetach, czy pisarzach, nie objętych programem, nawet ideologicznie niewskazanych.  Czytaliśmy wtedy swoje wypracowania, na głos, Pani dopowiadała i dyskutowaliśmy. Lubiliśmy szczególnie, gdy dyskusja schodziła na wiersze miłosne, dość, jak na owe czasy, śmiałe. Czekaliśmy na te lekcje. I na popołudniową zabawę w teatr. Nie zapomnę jak grałam panią de Calergis  w utworze Norwida.  W pewnym momencie miałam koledze, znaczy Norwidowi, posłać uwodzicielskie spojrzenie, wziąć go namiętnie za rękę a potem pogłaskać po twarzy. Noooo nie powiem, dochodziłam do tego głaskania i - stop!!! nie wychodziło mi za czorta, chociaż kolega Norwid diablo był przystojny. W końcu Pani postanowiła mi pokazać, jak to się robi, ale też trochę była zażenowana i skończyło się ogólnym śmiechem. Cóż, Pani nie miała pojęcia, że w trzeciej ławce siedzi kolega, którego Amor strzałą celnie ugodził i ja w żaden sposób nie mogę głaskać po buzi innego kolegi, choćby i samym Norwidem był. Takie były czasy, dzisiaj to pewnie całkiem dziwne się wydaje.

 

O fizyce to raczej powinnam zamilczeć.

Uczyliśmy się jej w trójkę, Kolega od zdjęcia, Kolega od Amora i ja. Przez całą szkołę byliśmy nierozłączną trójeczką. Chłopcy wiedzieli, że jestem straszna panikara i ten od Amora, na wszelki wypadek, przesłał mi ściągę. I dobrze zrobił, bo miałam błąd.

Niestety Polonista, z innej klasy, zauważył moje nagłe zainteresowanie. Ja niestety, nie zauważyłam zainteresowania Polonisty a jak już zauważyłam to było za późno. Zmartwiałam. Musiałam mieć strasznie głupią minę, bo nagle usłyszałam jego szept – Anka pisz szybciej bo zaraz koniec!

Skąd on mnie zna do diaska!!! pomyślałam w panice.

Wiem skąd. Na szkolnych występach kabaretu grywałam w „Zielonej Gęsi”. Pół szkoły zaśmiewało się gdy ja, jedna z najwyższych dziewczyn, jako ekscentryczna baronowa Idalia występowałam z równie ekscentrycznym baronem, o wzroście, mniej więcej, do mojego ramienia. A wtedy wysoki wzrost dziewczyny to nie był atut, występowałam w ramach ćwiczenia dystansu do siebie.

 

Eeeech !!! …

kasztany, matury, koledzy od zdjęć, od Amora …

Dobrze jest mieć takie wspomnienia.

Dobrze jest czasem do nich wracać,

gdy kasztany nie chcą zakwitnąć.

 

 

. .z przyjemnością polecam - Malina M*.

  

jeśli podobał Ci się ten wpis

to wejdź     i zagłosuj

 

Z OSTATNIEJ CHWILI:

uczniowie już wchodzą na sale, każdy ma coś na szczęście!

Ja pamiętam, że miałam na maturze nie maskotkę,

tylko figurkę Świętego Antoniego, taką bardzo maleńką,

2 centymetrową. To była figurka mojego Dziadzia. Przeszła z Nim kilka frontów i pierwszej i drugiej wojny.

To właściwie nie była już figurka,

tylko mała bryłka ołowiu.


oceń
27
0

komentarze (24) | dodaj komentarz

DWUKOLOROWA KOKARDA

piątek, 03 maja 2013 16:41

 

narodowe barwy,

biel orła na czerwonym polu tarczy

czystość i krew

 

Kokardą powinniśmy prawidłowo nazywać nasz narodowy, biało-czerwony, kotylion ale przyjęło się inaczej.

Nieważne, najważniejsze, że przypinamy go z dumą w nasze narodowe święta. Ważne, że dumę czujemy z naszych narodowych symboli. Dumę, radość i patriotyzm.

I coraz częściej chcemy tę radość i ten nasz patriotyzm wynosić na zewnątrz i dzielić się z innymi.

Bo radość dzielona na pół, to podwójna radość.

 

Z mlekiem mamy wyssałam patriotyzm i umiłowanie wolności.  Ale nie tylko to, od dziecka słyszałam jak ważna jest wdzięczność i to, bym potrafiła cieszyć się z tego dobra, które dostaję.

 

Bo jeśli nie potrafię docenić, to znaczy że nie jestem tego warta. Jeśli pogardzę drugi raz mogę nie dostać. Jeśli nie otworzę szeroko oczu na radość to nie dostrzegę też innych ważnych i wielkich rzeczy a cierpienie

szybciej mnie zniszczy.

 

 

 

 

Co by było, gdybym żyła w tamtych czasach.

Gdyby moja młodość przypadła na czas walki ?

 

Wielcy romantycy, dziewica bohater, ideały, młodość chmurna i wcale nie taka durna. A może pozytywizm i wydzieranie dobra kawałek po kawałku. Kto to wie?

 

Dziękować Bogu żyję czasach wolnej, dumnej i silnej Ojczyzny. Silnej jak nigdy. Nie znam wojny ale pamiętam czasy słusznie minione. Pamiętam represje, pamiętam nagonki na mieszkania gdy 3-go maja wywiesiło się flagę.  

Dziękuję więc Bogu, że dane mi jest cieszyć się wolnością, cieszyć się tym, o co moi przodkowie walczyli. Cieszę się więc z całego serca i chciałabym tą radością częstować jak kawałkiem czekolady.

 

Biedni są ludzie, którym przeszkadza cudza radość.        

Którzy z wykrzywioną twarzą zrobią wszystko by drugiemu tę radość zniszczyć, zabrać. Staną na głowie by udowodnić że ich grymas to najprawdziwsza prawda i wielka narodowa wartość, ba nawet bohaterstwo. Biedni, cieszyć się nie potrafią to kąsają. Nie wiedzą, że to nie boli a ich jad wraca do nich jak bumerang.

 

 

Dzisiaj była Msza Dziękczynna za Ojczyznę – w tym samym miejscu, gdzie 222 lata wcześniej przybyli Polacy by podziękować za uchwalenie Konstytucji.

Nie wszyscy wtedy przybyli, ci, którym radość solą w oku stanęła poszli gdzie indziej, nie potrafili ani cieszyć się, ani dziękować, potrafili za to knuć.

Dzisiaj, o ironio „pierwszy bolszewik” Rzeczpospolitej przyjął Komunię w intencji Ojczyzny.

„Pierwszego katolika” nie było stać, by w tym świętym miejscu, na pamiątkę tego, co tu się kiedyś działo, stanąć i Bogu publicznie podziękować.

 

Polska nie jest już pstrym pawiem narodów

jak niegdyś, pod zaborami, była

i nie jest gadającą papugą jak zaraz po wojnie.

Jest wolnym ptakiem.

Wielkim dumnym, pięknym, białym orłem.

Dumnym to nie znaczy nadętym. Dumnym, to z jednej strony dalekim i niedoścignionym a z drugiej i bliskim i radosnym przez swoje piękno.

 

 

 

 

Z mlekiem mamy wyssałam patriotyzm.

Dzisiaj nie muszę walczyć z wrogiem, bo go nie ma.

 

Dzisiaj walczę z czasem i głupotą i jak ta mrówa pracuję by jak najwięcej tego naszego dziedzictwa ocalić. Dzisiaj cieszę się, jak powstają nowe przedszkola, które wyszły spod mojej ręki, jadę zaprojektowana przez siebie ulicą, idę do apteki nad którą spoooro się namęczyłam a stojąc w kolejce przed, okienkiem bankowym, myślę sobie oj, zęby sobie prawie połamałam na projektowaniu skarbca. Pamiętam świat mojej młodości szary, bezbarwny, domy tylko na szaro i beżowo, odpowiednia ilość metrów na osobę ani centymetra w bok. A teraz – miasta rozkwitły

i rozbłysły, jak wyciągam stare zdjęcia, które robiłam przed projektami, to nie  chce mi się wierzyć.

 

Czy my to widzimy ? – nie

Czy my za to dziękujemy ? – nie

 

Jedno, co potrafimy doskonale, to skrytykować tych, którzy dziękują. Tylko że krytykować to łatwizna, każdy potrafi, ale zbudować coś pozytywnego to już nie. Najwyżej powiedzieć jak to by się zbudowało. Tylko że tymi „by” wybrukowane jest dno piekła.

 

Wielu polityków i  publicystów wybrzydza i wykrzywia się na akcję ORZEŁ MOŻE krytykują i wyśmiewają .. w ich oczach jest drwina i złość i pogardliwe zawołanie o lemingach. Biedni ludzie zamiast radości w sercu zalęgło się co innego, nie potrafią znieść radości cudzej.

Nie potrafili zbudować swojego zamku, to wzięli łopatki i wiaderka z wodą i popsują cudzy zamek. Ale ktoś kto raz zbudował, zbuduje i drugi, bo potrafi, A ten co psuje będzie psuł cudze i tyle czasu zajmie mu to psucie, że własnego nie zbuduje, bo zapomni na czym budowanie polega.

 

Dzisiaj słuchałam naukowca

z Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego.

Powiedział słowa, które bardzo mi się spodobały

 

„ten orzeł z czekolady jest symbolem radości”

 

Więc kto potrafi cieszyć się niech się cieszy!

Albo tym orłem, albo swoim orłem, jakikolwiek by on był,

mały, duży, na ryngrafie, na sztandarze, na sercu,

w sercu, na chorągiewce czy na koszulce sportowca.

Każdy jest nasz, każdy jest biały.

 

A jeśli już cieszyć się ktoś nie potrafi,

niech cudzej radości nie niszczy!

bo wychodzi na zazdrośnika

i psa ogrodnika …

 

 

. .z przyjemnością polecam - Malina M*.

  

jeśli podobał Ci się ten wpis

to wejdź     i zagłosuj


oceń
54
4

komentarze (33) | dodaj komentarz

SEYM STYLE FASCHION

środa, 01 maja 2013 10:15

 

Wiosna przytuptała. 

Zaświeciło!  zagrzmiało!  zapachniało! 

Wszystko co mogło wylazło z ziemi, nawet zachwycone

rosówki wystawiły się do słońca.

 

W czasach słusznie minionych kobiety,

a nawet posłanki, siadały z wiosną na traktory, a teraz?

Teraz, w demokracji, posłanki na wybiegi ruszyły.

 

Kurcgalopkiem.

I te z koalicji, i te z opozycji.

 

Na wybiegu, jak to na wybiegu – pełen lans!

Tam nie ma już zwyczajnych posłanek, tam są celebrytki.

Sic! celebrytki!!! a celebrytka od razu musi brzmieć dumnie i koniecznie zagranicznie. Nie żadna tam pospolita Małgosia czy Joasia, musi tajemnicza Margo albo Dżoana.

Pokaz, to nie pokaz, to oczywiście projekt projektanta i oczywiście projekt z tytułem przyciągającym, jak magnes. No to proszę:

 

„The Face of Poland – live style faschion”.

 

Prawda, że to jest to! Żadną myszką nie trąci, ani zaściankiem, na ten przykład, nie zalatuje.

Po prostu strzał w dziesiątkę, od razu powala na kolana,

a nawet na tę … na face.

 

No, to skoro tytuł projektu już jest to teraz modelki

anawa czyli wpieriod marsz !!!

 

 

          

 

 

Posłanka Małgorzata – miss style Margo

 

Subtelna elegancja i prostota kroju podkreśla klasę modelki. Delikatne róże rozświetlają twarz i dodają dziewczęcego uroku dojrzałej urodzie modelki. Projektant postawił na pełnię owocu w zestawieniu z rozkwitającą kobiecością. Wprawdzie w modelu bardziej rozkwita kwiecie niż sama kobiecość modelki ale, jak twierdzi projektant, jest to efekt zamierzony.

     

 

      

 

 

Posłanka Joanna – miss style Mouchette

 

Strój modelki harmonijnie łączy wątki sportowe z klasycznymi dodatkami. Projektant umiejętnie ukrył zbyt rzucającą się w oczy naturalną urodę. Niestety oczy modelki to słaby punkt projektanta, ich nieco nachalne piękno zburzyło harmonię całości, jako takiej.

Te oczy to mankament kolekcji, ważnej kolekcji, która,

in spe, stanie się zapytaniem o umowność

i dosłowność piękna.

 

 

      

 

 

Posłanka Beata - miss style Be’a

 

Surowość stylu modelki przełamana została motywami kwiatowymi, oczywiście w partyjnych kolorach posłanki. Projektant wykazał się wielkim kunsztem, wydobywając na światło dzienne wewnętrzne światło modelki. Użył środków tonujących negatywną ekspresję. Pastelowo różowa linia umiejętnie maskuje zbyt agresywne fiolety, co w rezultacie daje efekt harmonijnego ładu osobowości.

 

 

      

 

 

Posłanka Joanna - miss style Dżoan’a

 

Radość o poranku. Kwiat wiśni i ptaki o świcie.

Projektant ulega dominacji modelki i łatwo, chyba zbyt łatwo, poddaje się agresywnej ekspresji.

Do głosu dochodzą tu wyraźnie indywidualne predyspozycje projektanta. Ustawia on modelkę w swoistym kontrapoście, przeciwstawiając silnej linii ramiom łagodną linię bioder. Pikanterii dodaje modelce trzymany w dłoni pejcz.

 

      

        

 

 

Posłanka Elżbieta - miss style Ellian’a

 

Styl biznesowy, oszczędność formy zrekompensowana została bogactwem tkaniny i szalonym nakryciem głowy. W ten sposób projektant wyartykułował atuty modelki, wyraźną dominację partii głowy nad pozostałymi partiami, które to partie zostały przez niego potraktowane wyłącznie jako dopełnienie formy.

Doskonała synteza id i ego, projektanta oczywiście.

 

 

      

 

 

Posłanka Beata - miss style Beciaa’s 

 

Radosny luz, dziewczęca koszulka i dyskretna biżuteria. Kwiaty są tu najważniejsze. Projektant zdaje się mówić – cała jestem radosnym kwiatem, słowa w kwiaty zamieniam. Tyle tych słów … tyle kwiatów … tyle słów … Zarzucę was kwiatami.   

 

 

      

 

 

Posłanka Ewa – miss style Evelyyn

 

Odważna kreacja łączy elementy delikatnej kobiecości z kontrastowym obuwiem i nakryciem głowy. Całości stroju dopełnia wysmakowana fryzura.

Projektant wydobył mocne atuty modelki, siłę charakteru i stanowczość. Elementem eksponującym odwagę są tu różowe kalesonki śmiało prążkowane, rzec by można, patentowane. Zderzenie męskiej siły i bardzo kobiecych koronek, w dessous koloru ecru, to Mars i Wenus,

dwa w jednym… albo cóś …         

  

 

                                      *

 

Osa mnie użarła i to jej wina, że wyszło nieco ironicznie o celebrytach i o celebrowaniu słowa.

Jako tło posłużyła mi piękna kolekcja a także, z pełnym uszanowaniem, nasze Panie Posłanki.

 

Kolekcja już dawno wpadła mi w oko, zapadła głęboko w serce, niestety, nie zahaczyła po drodze o umysł. Nie zapamiętałam Projektanta.

Choć genialny, pozostanie więc bezimienny.

A posłanki? posłanki podglądałam już tak długo, że z łatwością dobrałam odpowiednie modele, do odpowiednich modelek …

 

czyż nie ???

 

 

. .z przyjemnością polecam - Malina M*.

 

 

jeśli podobał Ci się ten wpis

to wejdź     i zagłosuj


oceń
30
0

komentarze (27) | dodaj komentarz

SZARLOTKA GALOPKA

poniedziałek, 29 kwietnia 2013 11:46

 

sama ją wymyśliłam, wypróbowałam

a potem nazwałam - „wyjście awaryjne”

 

Dlaczego tak właśnie ?

Ano - potrzeba matką wynalazku.

 

Zapowiedzieli się do mnie bardzo mili goście.

Wpadamy za dwie godziny! świetnie!

ale z całą rodzinką! świetnie!

O matuniu! co ja zrobię!!! wypróbowana cukierna zamknięta a w domu tylko kilka herbatników - tragedia. Popędziłam do sklepiku a tam tylko czekolady, batoniki i wafelki - tragedia ! No to może naleśniki zrobię dla dzieci, mam w domu jabłuszka ... w tym momencie zobaczyłam na półce biszkopty i mnie olśniło.

 

Kupiłam jeszcze cytryny, cukier puder i na wszelki wypadek śmietanę trzydziestkę, bo nie pamiętałam czy mam taką w lodówce.

Ufff - pędem do domu. Z sercem na ramieniu zabrałam się za ten mój eksperyment.

 

W 15 miut szarlotka była gotowa.

 

 

 

 

To wszystkie potrzebne składniki, no nie wszystkie bo cała cytrynka potoczyła się za obiektyw.

 

 

 

 

Na początku wykładamy jabłuszka ze słoika, najlepiej na patelnię. Przysmażamy.

 

 

 

 

Dobrze jest, jeśli jabłka przychwycą trochę do dna patelni, mają wtedy aromat pieczonego jabłuszka.

 

 

 

 

 

W czasie kiedy jabłka się smażą wykładamy biszkopty

i skrapiamy każdy biszkopt cytryną.

Przełożymy je gorącymi jabłkami, wprost z patelni.

 

 

 

 

Teraz zabieramy się za wykonanie ekspresowej polewy.

 

Około 20 dkg cukru pudru wysypujemy na głęboki talerz, albo miseczkę, wciskamy pół cytryny i zaczynamy szybciutko mieszać, dodajemy śmietanę, 2 albo 3 łyżki, do osiągnięcia odpowiedniej konsystencji.

 

 

 

 

Konsystencja polewy powinna być taka jak na zdjęciu.

Jeśli jest za rzadka śmiało możemy dosypać cukru, nie zważy się. Polewa zaczyna stygnąć zaraz po wylaniu na ciepłe ciasto.

 

 

 

 

Teraz tylko posprzątamy kawałeczki jabłek i natrzemy na polewę skórkę cytrynową. Oczywiście cytrynę trzeba wcześniej wyszorować, sparzyć i porządnie wytrzeć. Jeśli mamy smażone wiśnie to można udekorować Ale kto dzisiaj ma smażone wiśnie o tej porze roku ???

 

Szarlotka eksperymentalna "poszła" nam na jednym posiedzeniu. Ta, to już następna.

Ja robiłam a Bratanek fotografował.

 

Do jedzania zabraliśmy się tak po godzinie. Polewa już zastygła ale szarlotka była ciepła - pycha.

Wcale się nie czuje, że biszkopty kupowane. Gorące jabłka przełamują smak i jest jak domowe ciasto.

Dla dokończenia eksperymentu spróbowałam kawałek zamroziić. Można mrozić spokojnie, po odmrożeniu smakuje prawie jak przed.

 

 

Najlepiej, jak zwykle, smakuje

ten ostatni kawałek ;o)

 

 

. .życzę smacznego - Malina M*.

 

jeśli podobał Ci się ten wpis

to wejdź    i zapromuj


oceń
26
0

komentarze (48) | dodaj komentarz

CZTERY PORTRETY

środa, 24 kwietnia 2013 17:01

 

z życia jednej kobiety 

 

Portret pierwszy – dziewczynka.

Kajusia albo Kajcia.

 

 

     

 

 

Niech nikogo nie zwiedzie

niewinne spojrzenie dziecięcia.

Za tą słodką buzią krył się prawdziwy diabełek.

To dopiero była psotnica !!!

 

W domu wołano na nią Kajcia-bolszewik.

A dlaczego bolszewik?

W domu moich pradziadków panował taki zwyczaj, że wieczorem rodzina klękała wspólnie do pacierza. Rodzice i dzieci, od najstarszych do najmłodszych. Chłopcy wcześnie z domu wyszli ale wyobrażacie sobie osiem dziewczynek! Kajcia była w tych młodszych. Klęczała na końcu no i oczywiście rozrabiała jak pijany zając, rozśmieszając tym całą resztę. Często, gęsto, modlitwa kończyła się westchnieniem: bolszewik – marsz do łóżka !

 

 

                                       *

 

Portret drugi – podlotek.

Panienka Kajka.

 

 

 

 

Podfruwajka z warkoczami do samego pasa.

 

Trudno ją było okiełznać i w szkolny mundurek wtłoczyć. Kajka to był wolny duch, panna z mokrą głową. Wszędzie jej było pełno. Jak ktoś, coś, komuś, zmalował to wiadomo – nasza Kajciunia! Skaranie boskie z taką panienką, co bardziej na kozaka niż na damę pasowała.

 

 

                                      *

 

Portret trzeci – panna.

Panna Kaja.

 

 

 

 

Cóż to za spojrzenie!

 

Serca młodzieńców topniały niczym lód na wiosnę.

A Tatko był surowy. Młodzieńcy, z wizytą do córek, mogli przychodzić tylko w dni parzyste. Koniec i kropka. Zakochani siadali wtedy na otomanach a Tatko przechadzał się tam i z powrotem po pokojach.

W amfiladzie były te pokoje, więc miał się gdzie przechadzać. W dni nieparzyste, kiedy to Tatko udawał się do klubu na preferansa, Mamcia nieco łaskawszym okiem spoglądała na amory córek. Dawała znak i młodzieńcy tup, tup, tup po schodach. Dziewczęta z uśmiechem otwierały drzwi no i miłość rozkwitała jak pierwiosnek. Oczywiście pod bacznym okiem Mamci rozkwitała.

 

 

                                      *

 

Portret czwarty – mężatka.

Pani Kazimiera.

 

 

  

 

 

To właściwie nie tyle portret, co ślubna fotografia.

 

Ach, co to był za ślub!

Józef przystojny, wysoki, elegancki a do tego szarmancki. Uwielbiał Kajkę i nosił ją na rękach. Była młoda, szczęśliwa, bogata, całkiem jak w filmie. Niestety w życiu los obszedł się z nimi okrutnie.

 

Przyszła wojna.

 

Józef pracował w Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Rząd ewakuował się do Rumunii, z rządem ministerstwa. Dostał rozkaz, nie pozwolili zabrać żony. Pisał piękne, długie listy przepełnione miłością i tęsknotą. Wrócił po wojnie. Chciał zabrać Kajkę do Szwajcarii. Niestety, Kazimiera nie potrafiła mu wybaczyć. Nie potrafiła zapomnieć, że zostawił ją samą w płonącej Warszawie.

 

Ona miała jeszcze dwóch mężów.

On nigdy, z nikim innym, się nie związał.

Ale o tym opowiem kiedyś w moim drugim blogu, poświęconym dziejom rodziny.

 

 

              http://hania-album.bloog.pl/

 

 

Do portretów pozowała Kazimiera,                    

siostra mojej Babci 

 

 

. .z przyjemnością zapraszam - Malina M*.

 

jeśli podobał Ci się ten wpis

to wejdź    i zapromuj


oceń
40
0

komentarze (32) | dodaj komentarz

STO LAT

poniedziałek, 22 kwietnia 2013 17:33

 

Panie Premierze !!!

Dużo radości w tym, co najważniejsze,

czyli w życiu rodzinnym. 

 

 

 

 

Gdy piłka w grze mądrych i odważnych decyzji,

dobrych Przyjaciół, którzy pomogą je podjąć

i staną przy Panu, gdy będzie trzeba.

 

No i oczywiście jak najwięcej

celnych strzałów w polityce !!!

 

Gra Pan o wielką stawkę.

 

 

W prezencie taki drobiazg zmajstrowałam.

A co ?! majstrowanie to moja specjalność

czasami

 

 

. .z przyjemnością zapraszam - Malina M*.

 

jeśli podobał Ci się ten wpis

to wejdź    i zapromuj


oceń
42
1

komentarze (28) | dodaj komentarz

JESZCZE TYLKO CZARNY KOT

niedziela, 21 kwietnia 2013 11:30

 

może pomoże

nic innego, jak tylko ten czarny kot !

 

 

 

 

No popatrzcie na licznik

czarno na białym stoi 131313

trzy trzynastki jak byk !

 

 

 

 

a czwarta trzynastka w liiil

Leszek zapromował jako trzynasty

a dalej stop - ani rączką ani nóżką do przodu

zagnieździła się trzynastka i ani drgnie 

 

 

 

 

 

I tym sposobem kareta trzynastek !!!

 

 

 

 

i co ???

szczęście jak jasny gwint !!!

kot by się uśmiał !

 

 

A jeśli już o kota chodzi, to stworzenie tyleż miłe sercu

co magiczne, a nawet nieco filozoficzne.

 

 

 

 

 

Oczy kota są jak głębia.

 

 

 

 

 

Oczy kota są jak tajemnica kryształowej kuli.

 

 

 

 

 

A jakie są wąsy kota?

 

 

 

 

Wąsy kota są tak optymistyczne,

że żadne wredne trzynastki

nie są w stanie zepsuć humoru !

 

 

 

. .z przyjemnością zapraszam - Malina M*.

 

jeśli podobał Ci się ten wpis

to wejdź    i zapromuj

 


oceń
38
0

komentarze (28) | dodaj komentarz

POSZŁA SOBIE

czwartek, 18 kwietnia 2013 10:12

 

Pani Zima 

 

Wiosna smutki i ostatki Zimy sprząta.

każdy kącik wymiata … a jak skrzętnie !

żeby nam Pani Zima, po zapomniany drobiazg,

przypadkiem nie wróciła.

 

 

 

 

Mała jeszcze ta Wiosenka ale jaka pilna !!!  

Jak przykłada się do pracy !!!  

Aż się słonku cieplej na duszy robi.

 

Za moim oknem szpakowe drzewo niedługo wypuści zielone listki a potem tysiące maleńkich, kwiatowych pączków. W nocy zapachnie słodkim, duszącym, zapachem.

 

Mała Wiosenka dorośnie. 

 

Wdzieje kwiecistą sukienkę, zalotnym gestem rozłoży na niebie wilgotne parasole kasztanowych liści …

 

a potem?

 

potem, najzwyczajniej w świecie,

umówi się z Majem

na pierwszą randkę …

 

  

                                     *

 

 

 

 

Dała się przyłapać.

 

 

 

 

Taka jeszcze nieśmiała , niewinna,

taka z cicha pęk.

 

 

 

 

W jednej chwili, w mgnieniu obiektywu

 

to, co było

to, co właśnie jest

i to, co będzie …

 

 

. .z przyjemnością zapraszam - Malina M*.

 

jeśli podobał Ci się ten wpis

to wejdź    i zapromuj


oceń
45
0

komentarze (25) | dodaj komentarz

ZŁOTY PIERŚCIONEK

poniedziałek, 15 kwietnia 2013 15:32

 

maleńki, wąziutki jak obrączka,

z małym, owalnym oczkiem z rubinu

Jedyny pierścionek jaki miała i ma do dzisiaj Danusia.

 

 

             

 

 

Kiedy przyjechali do Brzegu Danusia miała 14 lat

i wyglądała jak na zdjęciu wyżej. Wesoła dziewczynka z warkoczykami i kokardami we włosach.

 

Akurat rozpoczynał się rok szkolny.

Trzeba było wejść w nowe środowisko i od razu zabrać do nauki. W czasie okupacji polskiej szkoły nie było, pierwszą, drugą i trzecią klasę Danusia zrobiła chodząc na tajne lekcje, do jednej z nauczycielek. Do czwartej klasy poszła do szkoły rosyjskiej w Złoczowie a do piątej i szóstej do szkoły w Gliwicach. Danusia zawsze była świetną polonistką, pochłaniała wprost książki, inne przedmioty dało się szybko w Gliwicach nadrobić.

Niestety, matematyka bez podstaw to makabra, po prostu się nie da.

 

Danusia była nieśmiała i delikatna a dzieci od razu ustawiły się na nie do nowej koleżanki. Dziewczynki oświadczyły , że z rudą (?) nie będą siedziały, dopiero jeden z chłopaków ochoczo zaproponował – ja tobą usiądę. I siedzieli tak razem aż ze zwolnienia wróciła do klasy druga Danusia. Dziewczynki od razu przypadły sobie do gustu. Zaprzyjaźniły się a przyjaźń dwóch Danuś przetrwała aż do końca.  W klasie dzieci wołały - biała Danka i czarna Danka. 

 

 

 

 

 

W klasie dzieci wołały - biała Danka i czarna Danka.  

 

Gdzieś tak pod koniec siódmej, albo na początku ósmej, klasy obie Danusie zakochały się w przystojnych kolegach. Moja Danusia swego Witka nazwała Sokole Oko a druga Danusia swojego ukochanego Postrzępiona Strzała. Owi dzielni wojownicy byli harcerzami, zapraszali swoje wybranki na ciastka z oranżadą, chodzili za rączkę na spacery a czasem nawet na potańcówki, które organizowały ich klasy. Ma się rozumieć byli bardzo rycerscy.

 

Niestety chłopcy byli sporo starsi od dziewczynek. W ósmej klasie przyszedł czas pożegnania. Witek zdał maturę i musiał wyjechać na studia do Krakowa. Zrozpaczona Danusia, pod wierzbą, przysięgała miłość do końca życia. Ale, jak to w życiu ośmioklasistki bywa, ten koniec nastąpił niespodziewanie szybko. Gdzieś tak w okolicach klasy dziewiątej.

 

 

             

 

 

To zdjęcie Danusi z ósmej klasy.

 

W ósmej klasie Danusia pisała wiersze, wierszykami obdarowywała, z różnych okazji, wszystkie koleżanki i kolegów, bo już wtedy była bardzo lubiana. Wtedy też napisała pierwszą książkę „Wyspa cichej śmierci” 

ooooch to musiał być bestseller !!! ale w żaden sposób nie mogę namówić jej do przeczytania choćby maleńkiego urywka ;o).

 

Ela, siostra Witka zapraszała Danusię do domu i tam dziewczynki razem się uczyły matematyki. Uczyły się i uczyły a czasem przez okno sobie wyglądały. A za oknem boisko i chłopcy grali w siatkę. Zwłaszcza jeden taki, bardzo wysoki student, zawsze w jasnych spodniach niebieskiej koszulce i białych tenisówkach.

Ela wzdychała a Danusi nawet do głowy nie przychodziło jaką jej życie niespodziankę zgotuje.

 

 

 

 

 

To właśnie ten chłopak.

 

Kiedy Danusia była w ósmej klasie to on już na drugim roku we Wrocławiu. Przyjeżdżał na soboty i niedziele do domu, to znaczy do domu swojego brata. Dużo starszy Brat, ksiądz, zabrał Antosia do siebie i chłopak przez kilka lat mieszkał na plebanii.

Motor oczywiście nie Antosia tylko brata, wtedy ksiądz jeździł nim po okolicznych wioskach i uczył dzieci religii.

 

Rodzicom Danusi bardzo źle się powodziło, byli biedni. Romek znalazł wprawdzie pracę w zakładzie zegarmistrzowskim ale zarabiał grosze. W domu brakowało wszystkiego. Jedna mała pensja na czwórkę, bo wzięli do siebie babcię. A jeszcze do tego samego domu, tylko piętro wyżej, wprowadziła się starsza siostra Romka z dwiema wnuczkami, których rodzice byli na Syberii. Rodzinie siostry też trzeba było pomóc.

 

Danusia skończyła 9 klasę.

Jak każda dziewczynka lubiła się ubierać Waleria oszukiwała biedę, szyła córce sukienki ze starych sukienek po ciotkach, jak choćby tę sukieneczkę na szkolną wycieczkę do zoo.

 

 

 

 

Szyła bluzeczki ze spadochronu i robiła na drutach piękne żakiety z poprutych lotniczych pończoch. Ten spadochron i pończochy lotnicze to prezenty z Anglii, od brata Romka. Z Anglii nadchodziły też konserwy – konina z jabłkami.

 

Pewnego dnia do zakładu zegarmistrzowskiego przyszedł biednie ubrany chłopina. Przyniósł trochę złota, ot tyle co na dwie obrączki. Chciał sprzedać, żeby mieć na życie. Władziu, kolega Romka był nie tylko zegarmistrzem ale i złotnikiem, córka Władzia właśnie miała wychodzić za mąż. Romek pomyślał, że zrobi pierścioneczek dla Danusi. Kupili i Władziu zrobił obrączkę dla córki i malutki pierścionek dla Danusi.

 

Śliczny był ten pierścionek. Miał malutkie oczko rubinowe a dookoła, zamiast koronki, obwódkę ze złotych miniaturowych kropeczek – cacuszko delikatne i subtelne jak Danusia.

 

Niestety – okazało się, że chłopina to nie chłopina tylko podstawiony ubek. W tym czasie była ustawa zakazująca handlu złotem. Przyszli po Romka, skuli go kajdanami jak najgorszego zbira i wywieźli do więzienia do Opola. Do kompletu – więzili go Niemcy, więzili bolszewicy to PRL miał być gorszy ? Ubrali w więzienny uniform, odpowiednią czapeczkę na głowę – i cacy.  W tym czasie Wala rozchorowała się tak bardzo, że szpital w Brzegu nie chciał jej przyjąć twierdząc że nieboszczyków nie przyjmują. Jakoś cudem udało się załatwić szpital w Opolu.

Danusia została sama. Nie miała z czego żyć a jeszcze trzeba było wozić paczki do więzienia i do szpitala. Danusia przerwała naukę, nie poszła do dziesiątej klasy. Koleżanka przez swojego ojca, postarała się o pracę i Danusia zaczęła pracować w Inspektoracie Szkolnym.

 

 

             

 

 

To zdjęcie ma nawet pieczątkę z pracy.

Po kilku miesiącach Romek wrócił do domu a Walę w szpitalu uratowali. Danusia wróciła do szkoły ale już nie do swojej klasy.

 

 

 

 

Wtedy, w Brzegu był taki zwyczaj że w maju,

po Nabożeństwie Majowym dziewczynki szły sobie pospacerować. Jedną stroną ulicy spacerowały dziewczynki, drugą chłopcy. Pewnego majowego dnia Dwie Danusie szły sobie zaśmiewając się z jakiegoś filmu a tu nagle podchodzi do nich starsza koleżanka z dwoma chłopcami.

 

- czy mogłabym poznać koleżanki

  ze swoimi kolegami studentami?

- w żadnym wypadku ! mamusia mi mówiła,

  że chłopców nie wolno poznawać na ulicy

- ależ coś ty Danka! chłopcy to nie są nieznajomi,

  oni są ze mną

- nnnoo, to niech będzie

 

I tak poznali się moi rodzice.

 

Antoś był świetnym matematykiem.

Wysoki, przystojny, o falujących ciemnych włosach.

Na strzelnicy tłumaczył Danusi zadania a potem zaczęli chodzić na dłuższe spacery nad Odrę.

 

 

            

 

 

Inaczej niż dzisiaj – wtedy to tylko za rączkę a do dziewczyny przez pierwsze miesiące per „koleżanko”.

 

 

              

 

 

Pierwszy raz w życiu Danusia się namalowała po maturze. Pomadkę w kolorze marchewki przywiózł jej Antoś z Wrocławia. Szkoda, że na tym maturalnym zdjęciu koloru nie widać. Chyba miał chłopak oko bo moja mamusia do dzisiaj używa tego koloru, w żadnym innym nie jest jej tak dobrze.

 

             

 

 

A potem były przyjazdy ze studiów zwykle w studenckiej czapeczce bo bujne włosy coraz mniej były bujne.

Były długie spacery po Brzegu.

 

  

 

 

Wycieczki do parku i nad Odrę.

Czasem sam na sam a czasem z rodzicami.

 

 

 

 

Romantyczne wyprawy nad Kanał.

To była biała sukienka w zielone groszki. Pamiętam tę sukienkę. Ja też wiele lat póżniej chodziłam w niej na spacery.

 

 

 

 

 

Antoś świetnie dogadywał się z Walą i Romkiem.

 

A potem oświadczył się.

Był biedny, nie miał pierścionka.

Danusi został więc ten mały, złoty, z rubinkiem.

 

Siedem lat starszy i nie chciał już czekać aż Danusia skończy studia. Stanął na głowie i udało mu się w końcu przekonać wszystkich, by nie szła na wymarzone Leśnictwo.

 

 

 

 

Od zawsze, od kiedy pamiętam Danusia nosiła na serdecznym palcu obrączkę i mały złoty pierścionek.

 

Tylko tę jedną obrączkę

i tylko ten pierścionek

 

Innych nie potrzebuje

w tych jest wystarczająco

dużo serca i miłości

 

 

. .z przyjemnością zapraszam - Malina M*.

 

jeśli podobał Ci się ten wpis

to wejdź    i zapromuj


oceń
48
0

komentarze (35) | dodaj komentarz

CO BYŁO

sobota, 13 kwietnia 2013 12:41

    

nie wróci

a będzie to, co ma być.

 

Mam nadzieję, że w końcu będzie wiosna !

wonna i radosna, jak w wierszykach z moich młodych lat.

 

 

    

 

 

Dawniej to wiosna była jak panienka.

 

Lekkim krokiem, trochę znienacka, nadchodziła i od razu wielkie entree ! Dawniej z wiosną młodość w zawody szła.

Przebiegła, zakręciła się w tańcu, porwała serce chłopaka, zamrugała tymi swoimi firankami a potem westchnęła i biegła dalej ...

 

Coraz szybciej, coraz zwiewniej.

Która z nich lepsza, która piękniejsza.

 

Eeech - kiedyś obie

przychodziły za szybko

i za szybko odchodziły.

 

A dzisiaj ?

Dzisiaj, po prostu, wiosna jest bezczelna!

fochy stroi !

 

A młodość ?

ooo - ta to dopiero potrafi rogi pokazać !

tylko jej dać lusterko !

 

 

                                    *

 

Szukałam zdjęć do dalszej części historii cygańskiego stołu i wpadła mi w ręce moja stara fotografia.

No to jest mały przerywnik.

 

 

. .z przyjemnością zapraszam - Malina M*.

 

jeśli podobał Ci się ten wpis

to wejdź    i zapromuj


oceń
33
1

komentarze (24) | dodaj komentarz

STÓŁ KRÓLA CYGANÓW

czwartek, 11 kwietnia 2013 11:32

  

wiele lat odrabiałam przy tym stole lekcje.

Był wielki, czarny, rozkładany na pół pokoju,

miał masywne, lekko profilowane nogi.

 

Skąd się u nas wziął ?

aaa - to dłuższe opowiadanie.

 

Opowiadanie zacznę od początku, czyli od końca wojny.

Jest rok 1945, jednym z ostatnich transportów wyjeżdża za Złoczowa rodzina mojej Mamusi. Dostają pół towarowego wagonu, w drugiej połówce muszą pomieścić się ich sąsiedzi.

Zabierają ze sobą, do nowej Ojczyzny, najpotrzebniejsze rzeczy, dokumenty, zdjęcia, rodzinne pamiątki, wielki materac do spania, taki niebieski w srebrne chryzantemy, trzydrzwiową szafę z lustrem, taboret, wannę no i przymusowo sitzbad.

 

Babcia Waleria pakuje jakieś garnki, stolnicę, wałek do ciasta, maszynkę do orzechów, wagę, zapas jedzenia, mąkę, sól, cukier, wianki cebuli.

Do dzisiaj wałkuję ciasto wałkiem Babci Walerii,

robię falbanki w ruskich pierogach, tak jak trobiła to Ona a maszynki do orzechów używam gdy piekę Jej pyszny, orzechowy tort. 

 

 

 

 

Dziadziu Romuald zabiera kilka ulubionych obrazów, gobelin, kilimek, karnisze, w których w czasie wojny chował dokumenty i pieniądze.

Danusia pakuje kanarka Kubusia, klatkę, naczyńka i trochę ptasiego pokarmu na zapas. No i swoje lalki.

 

Przed nimi droga daleka a kres drogi nieznany.

 

Siedem tygodni trwa ta najdłuższa w ich życiu podróż.

Pociąg trochę jedzie, potem odstawiają go na bocznicę. Na bocznicy pasażerowie wychodzą z wagonów i kwitnie życie. Panowie budują z cegieł małe paleniska, panie wynoszą stolnice i robią pierogi, na ścianach wagonów suszą się wianki cebuli a dzieci, jak to dzieci, biegają wokoło i robią strasznie dużo zamieszania. A potem gwizdek, wszyscy się pakują i dalej w drogę. Są wagony w których pasażerowie podróżują razem ze swoimi zwierzakami, jest więc mleko są też jajka.

 

To jeden z ostatnich transportów, jadą od miasta do miasta ale miasta już pozamykane, nie przyjmują. Wreszcie transport trafia do Stargardu. Piękne miasto ale niespodzianka – coś niesamowitego, domy zapaskudzone, napaskudzone na podłogach, na sprzętach, nawet w garnkach … ot taka wizytówka na przywitanie. Noooo – to panie hurmem orzekają – tu nie zostaniemy! Nie pomaga to, że panowie przysięgają, że wszyściutko uprzątną – koniec, kropka , one nie będą w takim miejscu i już ! Transport rusza dalej , po drodze niektóre rodziny zostają, ale niewiele. Ostatni przystanek to Gliwice. Wszystkich wyładowują na rampie.

Jest zimny jesienny dzień, pada deszcz.

Czarna rozpacz.

 

Rodziny powoli się rozchodzą. Waleria płacze a Romek usiłuje jakoś to wszystko ogarnąć. Nagle na pustoszejących torach pojawia się stara Niemka, zbierała węgiel na opał. Pochodzi do nich i proponuje – zabiorę was do siebie, jestem biedna, nie mam co jeść ale mam dach nad głową to wam kawałek tego dachu odstąpię. I tak cała trójka zabiera dobytek i idzie z Niemką do swojego nowego miejsca na ziemi.

 

Zamieszkują na poddaszu niewielkiego domku

na ulicy Kolberga.

Zaraz Wala i Romek zaczynają chorować. Panuje wtedy czerwonka. Danusia musi sobie jakoś sama radzić. Jak już nie ma niczego do zjedzenia i nie ma na lekarza to bierze lalki i idzie na most, żeby je tam sprzedać. I tu dziwne zrządzenie Opatrzności, mostem przechodzi jeden z sędziów, znajomy rodziny, jeszcze ze Złoczowa. Poznaje małą Danusię i zabiera ją i idzie do ich domu. Pomaga przyjaciołom, wzywa lekarza, ofiarowuje pieniądze.

 

Niedługo znajduje im też mieszkanie,

na ulicy Tarnogórskiej 95a.

To ten dom, który widać na zdjęciu.

 

 

 

 

I jeszcze coś.

Sędzia proponuje że znajdzie Romkowi pracę w sądzie.

Ale tu pojawia się problem, Romek nie chce, nie będzie w komunistycznym sądzie pracował - nigdy i za nic na świecie. Koniec, kropka.

 

No więc biedują nadal. W końcu Romek pokątnie znajduje jakąś pracę, naprawia ludziom zegarki. Jeszcze na froncie nauczył się tego naprawiania. Kiepskie z tego pieniądze bo i pewnie trochę z Romka kiepski zegarmistrz.

Codziennie mała Danusia, po drodze do szkoły, przechodzi obok sklepu wędliniarskiego. Tam, na progu, czeka na nią sympatyczna właścicielka, teściowa owego Sędziego. Codziennie wręcza Danusi zawiniętą bułkę a w bułce pachnąca pasztetówka z białym tłuszczykiem na brzegu, czasem nawet plasterki szynki.

 

Na ulicy Tarnogórskiej mieszkają w czterorodzinnym domu. To bliźniak, po jednej stronie dwie rodziny i po drugiej dwie. Każda z rodzin ma swój własny ogródek a w nim kwiaty i warzywa.

Ten ogródek to oczko w głowie Romka. Hoduje tam pomidory, kukurydzę, rzodkiewki i potrzebne w kuchni warzywa no i specjalnie dla Danusi jej ulubiony zielony groszek.

 

 

 

 

W takiej jednej części bliźniaka mieszkają dwie rodziny.

Mają wspólny przedpokój - jedni kuchnię i pokoje na parterze, drudzy na piętrze.

Wszystko jest otwarte, dostępne, jak wspólne, nikt niczego na klucz nie zamyka. 

Dodatkowo z kuchni prowadzą drzwi do małego przedsionka, trzy stopnie w dół a stamtąd do łazienki, to znaczy czegoś, co miało być łazienką, do składziku i na schody zewnętrzne, prowadzące do ogrodu

 

 

     

 

 

Na tym zdjęciu Wala i Danusia w kuchni na Tarnogórskiej

 

Kuchnia była widna ale strasznie ponuro pomalowana. Ponoć praktyczna granatowa lamperia okazała się przygnębiającym koszmarkiem i Wala jak mogła upiększała to miejsce.

 

W kuchni powiesili przywieziony z ukochanych Kresów, obraz Matki Boskiej Ostrobramskiej,

żeby czuwała nad Nimi w tym obcym miejscu.

Trochę nawet ten obraz widać na zdjęciu...

 

Dom był czysty.

Niestety były w nim robaki, karaluchy, prusaki i pluskwy.

Danusia panicznie bała się robactwa.

Kiedyś przyjechali goście. Dostali największy pokój i czuli się bardzo dobrze. Mała Danusia miała jednak problem - jak tu się myć . Wymyśliła, że zrobi to w nocy, po ciemku. Wzięła wielką miednicę, nalała sobie wody z pojemnika w kuchni i niosła miednicę, żeby postawić na taboret. I nagle trrrach ! buuuum! sruuuu !!!

Danusią się na czymś pośliznęła i pooojechała jak długa ! 

a miednica na nią.

No na czym mogła się pośliznąć mała Danusia ???

na karaluszku oczywiście. Wrzask był straszliwy, łącznie z żądaniem obcięcia nogi.

Dopiero brat Romka przysłał z Anglii DDT i robactwo zostało wytrute, tak skutecznie, że przez rok żadna mucha nie siadła na ścianie.

 

 

W tym miejscu zaczyna się historia mojego stołu.

Obie rodziny żyją zgodnie i w przyjaźni. Rodzina z parteru to król Cyganów i jego piękna młodziutka żona. Niestety ich losy są smutne, żona króla umiera a on pogrąża się w rozpaczy a nawet załamuje, nie chce już tu mieszkać. Przed wyjazdem, w dowód przyjaźni, ofiarowuje moim swój stół, jeden z ważniejszych mebli w jego domu.

 

I tak majątek mojej rodziny się powiększa, do szafy, taboretu i materaca dochodzi stół.

 

Niestety, Gliwice ciągle są miastem zamkniętym, nie ma mowy o zameldowaniu się. Danusia chodzi tu jednak do szkoły, do piątej a potem do szóstej klasy. Po dwóch latach wadze brutalnie wyrzucają ich z domu do baraku na przedmieściu. To mieszkanie potrzebne jest dla inżyniera.

 

Romek wyrusza w Polskę na poszukiwanie jakiegoś lokum. Trafia do Brzegu. Znajduje w końcu mieszkanie na drugim piętrze kamienicy, na ulicy Chopina. Kamienica ładna ale zniszczona. Mieszkanie zimne, wilgotne, ponure, oświetlenie gazowe. Jeden normalny pokój i jeden mały bardzo zawilgocony pokoik, taka bardziej pakamerka, w przedpokoju wydzielone miejsce na kuchenkę, wspólna ubikacja na półpiętrze.

 

Nie ma co marudzić, trzeba brać – jest tylko to.

 

Za to okolica piękna, samo centrum Brzegu, śliczny Rynek, pod nosem Akademia Rycerska, niedaleko Zamek Piastów, no i Odra, Kanał i nadodrzański park.

 

Cały dobytek rodziny, wraz z cygańskim stołem,

wędruje na duży samochód z plandeką i wiooo !!!

Rodzina zaczyna nowy etap …

Szczęśliwy, choć bardzo, bardzo biedny.

 

 

Ale o tym to już opowiem w następnym wpisie.

To będzie historia złotego pierścionka.

 

 

. .z przyjemnością polecam - Malina M*.

 

jeśli podobał Ci się ten wpis

to wejdź    i zapromuj


oceń
43
0

komentarze (29) | dodaj komentarz

OTO ON

poniedziałek, 08 kwietnia 2013 22:22

 

w całej okazałości

 

 

 

Od lutego, jak ta lwica, walczyłam o zdobycie tego certyfikatu dla mojego niezwykłego zabytku. Udało się, ba, udało się zdobyć dwukrotną ilość potrzebnych głosów.

Namawiałam do wzięcia udziału w wydarzeniu, namawiałam do zagłosowania. Trzeba było kliknąć TAK w internetowej sondzie.

 

Tak namawiałam i zachęcałam:

 

 

 

 

To moja prezentacja wymaganej strony www lub bloga.

 

 

 

To sonda internetowa.

Troje z Was rozpozna siebie na ikonkach.

 

 

 

 

A to mój aniołek, który zachęcał do głosowania.

 

Wielu z Was kliknęło:

Zosia44, Bożenka, Halinka, Ewcia Aniołka, Ewcia Ozonka, Marzatela, Missjonasch, Cheronea, Maria

Roman Macikówka, Tomasz, Damian, Leszek, Michał Pax, Andrzej, Zbigniew .

Klikały też Osoby, które tu rzadko albo wcale nie bywają.

 

Z całego serca dziękuję WSZYSTKIM  za pomoc !

Dobrze jest wiedzieć, że obok są ludzie, którym zależy.

Nie wiem, czy mogę pokazać Wasze kliknięcia,

pokażę więc tylko osoby publiczne.

 

 

  

 

 

Tu Róża Thun wzięła udział w wydarzeniu.

 

  

 

Tu Waldemar Kuczyński zagłosował  na tak.

 

 

Umieściłam te materiały na pamiątkę.

Certyfikat to cenna rzecz dla ludzi, którzy walczą o ten obiekt, którzy co roku bezinteresownie angażują się żeby zorganizować charytatywny festyn, żeby uzbierać środki na kolejne metry tynku renowacyjnego, czy oczyszczonego piaskowca.

 

W przyszłym roku wszystkie te materiały zbiorę

i wydrukuję, w swojej pracowni, w fornie niewielkiej książeczki. Zaproszeni na festyn Goście Honorowi, Konserwator Zabytków i Sponsorzy dostaną w prezencie. Będą też egzemplarze na fanty albo aukcję.

Ten certyfikat znajdzie odpowiednie miejsce

w mojej książeczce.

 

 

 

. .z przyjemnością polecam - Malina M*.

 

jeśli podobał Ci się ten wpis

to wejdź    i zapromuj


oceń
34
0

komentarze (32) | dodaj komentarz

RĘCE MISTRZA KLAHRA

sobota, 06 kwietnia 2013 16:01

 

musiały być cudownie sprawne, silne,

a zarazem delikatne i z wielkim wyczuciem.

Zamieniały lipowe drewno w prawdziwe cuda.

 

 

    

 

 

Michał Ignacy Klahr zwany Młodszym.

Jeden z pięciorga utalentowanych dzieci rzeźbiarza Michała Ignacego Klahra zwanego Starszym. Podobnie jak ojciec pozostawił po sobie najwyższej wartości dzieła.

 

 

 

 

Żył na przełomie wieku osiemnastego i dziewiętnastego. Mieszkał i tworzył na terenie Kotliny Kłodzkiej, w Lądku, Domaszkowie, Nowej Wsi, Lewinie Kłodzkim, Jugowie i jeszcze paru innych miejscowościach.

 

 

 

 

Szczególnym pięknem odznaczają się jego rzeźby

z ołtarza Kościoła pod wezwaniem Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny w Nowej Wsi.

Rzeźbił je w 1793 roku – miał wtedy 65 lat.

 

 

 

 

Te trzy, pokazane wyżej, przedstawiają postaci z grupy rzeźbiarskiej Ukrzyżowanie.

 

 

 

 

Anioł Mistrza Klahra.

 

 

 

 

Tutaj święty Joachim.

 

 

 

 

A tu figura świętej Anny.

 

 

Przed wiekami 

cudowne ręce Mistrza Klahra

i posłuszne rękom mistrzowskie dłuto

zamieniły lipowe drewno

w prawdziwe cuda.

 

 

 

. .z przyjemnością polecam - Malina M*.

 

jeśli podobał Ci się ten wpis

to wejdź    i zapromuj


oceń
35
0

komentarze (24) | dodaj komentarz

SŁOWA

czwartek, 04 kwietnia 2013 14:28

 

ile ich stąd padało ...

 

Wiatr słowa roznosił po świecie, jak ziarna.

Jedne padały na skałę, inne na drogę

a jeszcze inne na żyzną glebę trafiały.

 

 

                

 

 

Jedne słowa wracały chlebem,

inne Zły w kamień przerobił.

 

 

 

 

Ambona - rokokowe cacko.

Drewniana, płaskorzeźbiona i rzeźbiona,

bogato polichromowana i złocona.

Wykonana w  roku Pańskim 1794 przez mistrzów dłuta

Karla Scharfa i Josepha Beschornera.

 

 

 

 

Szczególnie piękny jest rokokowy baldachim, wykończony ozdobnym lambrekinem. W podniebieniu baldachimu rzeźba gołębicy w złoconej glorii.

 

Nad baldachimem grupa rzeźbiarska – Bóg Ojciec w otoczeniu dwóch aniołków. Jeden aniołek trzyma w rękach miniaturę świątyni, drugi atrybuty świętego Piotra,

klucze i krzyż papieski.

 

Kosz ambony i galeryjka bogato zdobione.

Kosz od dołu przechodzi w formę stożka. Stożek ozdobiony jest liśćmi akantu, rocaillowym ornamentem i szerokim kogucim grzebieniem.

 

Na koszu i na galeryjce rzeźby Czterech Ewandelistów .

 

 

 

 

Święty Marek Ewangelista 

 

Atrybutem przedstawień świętego Marka jest zazwyczaj lew ze skrzydłami, czasem, w ikonografii, Święty Marek trzyma drzewko figowe lub zwój. Nasz święty, jak widać, trzyma w lewej ręce zwój pergaminu. Po prawej stronie, czego na zdjęciu nie widać, znajduje się półpostać lwa, trzymającego kałamarz.

 

                                      *

 

  

 

Święty Mateusz Ewangelista

 

Symbolem tego ewangelisty jest w ikonografii anioł albo też uskrzydlona postać ludzka.

Tutaj księgę podaje świętemu właśnie anioł, to znaczy mały aniołek. To jedyny w tej grupie Ewangelista, który sam trzyma złocony kałamarz.

 

                                         *

 

 

 

Święty Łukasz Ewangelista

 

Autor trzeciej z kolei Ewangelii. W ikonografii Łukasz często przedstawiany jest jako człowiek modlący się lub piszący, a jego atrybutem jest wół.

 

 

 

 

Widok figury od drugiej strony – półpostać wołu trzyma w pysku złoty kałamarz z inkaustem.

 

                                         *

 

 

 

Święty Jan Ewangelista

 

Autor ostatniej w kolejności Ewangelii, a także Apokalipsy. W tradycji chrześcijańskiej Jan przedstawiany jest zazwyczaj z orłem. Tutaj półpostać czarnego orła trzyma w dziobie kałamarz z inkaustem. Święty ma w rękach księgę.

                                         *

 

 

 

I, jakże by inaczej, aniołek ! ten od świętego Mateusza.

W całej nowowiejskiej świątyni, bo o niej ten wpis,

fruwają anioły ... najróżniejsze : ogromne, średnie i jak ten - całkiem maleńkie.

 

 

. .z przyjemnością polecam - Malina M*.

 

jeśli podobał Ci się ten wpis

to wejdź    i zapromuj


oceń
31
0

komentarze (25) | dodaj komentarz

piątek, 20 października 2017

O moim bloogu

w malinach, jak to w malinach - pachnąco i kłująco

Statystyki

Odwiedziny: 315983
Wpisy
  • komentarze: 7239
Bloog istnieje od: 2099 dni
Najlepsze Blogi

MOJE BLOGI

* ZAPRASZAM

powiadomienie o nowym wpisie

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Film

Pytamy.pl